niedziela, 5 lipca 2009

Woda dla Warszawy

W ostatnich dniach, gdy temperatura przekraczała 25 stopni, na placu Zamkowym w Warszawie pojawił się beczkowóz z wodą. Napis na nim głosi „Woda dla Warszawy”, a miły pan napełnia plastikowe kubeczki spragnionych. W dniu, w który to zauważyłam z kościołów wylewały się wycieczki zaopatrzone przed chwilą w uniwersalny napój, a dzieciaki z kolonii polewały się jak na śmigusa.
Podobno to nie pierwszy raz, gdy miasto pomaga ludziom wytrzymać tę upalną pogodę. Na blogu „warszavka.bloog.pl” znalazłam wpis z 28 września 2008 roku. „Nie wiem o co chodzi, ale taki sobie baniaczek stanął niedawno na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. (tu dołączone zostało zdjęcie – przyp. antropolożka) Przewidywana awaria? Pamiętam jak w dzieciństwie stało się z wiaderkami, bo awarie wodociągu zdarzały się raz na kilka miesięcy...”.
Ciekawe skojarzenie. Mnie natychmiast przypomniał się macedoński zwyczaj, według którego do każdej kawy, ciastka czy herbaty podawana jest szklanka wody. I nie jest to żadna „Vichy”, czy „Borjomi”. Nawet nie jest to „Nałęczowianka”, „Muszynianka” czy „Mazowszanka”. Zwykła kranówa. A gdy jedna nie zaspokoi naszego pragnienia, możemy poprosić następną. I nikt nie zarząd od nas pieniędzy. Na moje zaskoczenie, kolega odpowiedział, że mogę wejść do dowolnego lokalu i poprosić o szklankę wody. I nikt nie weźmie ode mnie ani denara. Bo woda do życia jest niezbędna. I odmawiać jej nikt nie ma prawa. I żądać za nią pieniędzy też – powiedział mi na prilepskim rynku Blaże.
Miło wiedzieć, że Polacy też wreszcie zaczynają to rozumieć.

PS. Akcję „Woda dla Warszawy” prowadzi przez całe lato Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w m.st. Warszawie SA.

środa, 1 lipca 2009

Praga

W „Stołku” z 22 czerwca 2009, Roman Pawłowski swoją prywatną rubrykę poświęcił nowym „Kontekstom”, gdzie między innymi koleżanki antropolożki pisały o warszawskiej Pradze Północ. Tak się złożyło, że antropolożka z Pragi pochodzi; spędziła tam 25 lat swojego życia bawiąc się w tamtejszych piaskownicach, pijając pierwsze alkohole w tamtejszych parkach, kończąc tamtejsze szkoły i ubierając się w tamtejszych lumpeksach; także większość rodziny antropolożki związana jest z prawobrzeżną Warszawą. Co antropolożka zauważa, nikt z nich białych kozaczków ani ortalinownych czy pasiastych dresów nie nosi. Tym bardziej ona.

Pawłowski w swoim tekście, jak na piszącego o Pradze przystało, porównuje tę dzielnicę do „Rezerwatu”. To porównanie już znamy z filmu „Rezewrat” Łukasza Palkowskiego oraz tekstów autorów wszelakich piszących w czasie, gdy film ów w kinach wyświetlano.
Jedynym, który wtedy stanął w obronie praskiej godności był redaktor Cibor, który stwierdził, że do całkowitego zadomowienia w jakimś miejscu potrzebny jest nie tylko Duch, ale także „Dziki” nazywany dla złagodzenia objawów „Obcym”. Bo przecież MY, z lewobrzeżnej Warszawy, wykształceni, ze smakiem, parający się arytstycznymi zajęciami, jesteśmy WYJĄTKOWI. A wyjątkowość najlepiej widać przy porównaniach. Musimy więc CZYMŚ odróżniać się od RESZTY, plebsu, praskich dzikusów.

Pawłowski żartobliwie a może szczerze pisze „Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że autorzy zamieszczonych w nim (Konteksty) artykułów opisują nie tyle dzielnicę jednego z europejskich miast, ile egzotyczny ląd zamieszkany przez aborygenów”. I dalej: „Jestem pełen podziwu dla odwagi i determinacji naukowców z UW, którzy nie zważając na grożące im niebezpieczeństwa, zapuścili się na ten dziki ląd, aby odkryć go dla świata”. Pan Pawłowski chyba się jednak zapędził w swoich niedoczytanych odkryciach. Obok tekstów poświęconych Stadionowi, gro tekstów poświęcona została praskim artystom, którzy nie bali się i kilka lat temu zaczęli osiedlać się na tym „dzikim lądzie”. Więc może lepiej załóżmy „SKANSEN” a raczej muzeum w zamkniętej galerii [bo przecież nie muzeum na wolnym powietrzu (sic!)] pokazującej warszawskich snobów, którzy niewiadomo za kogo się mają i rozczulają się jedynie nad lumpem pijącym wino w bramie i babcią pielęgnującą kapliczkę (jakby analogicznych kapliczek na warszawskiej ulicy Hożej w samym centrum lub na Mokotowie nie było!). I bynajmniej, prawdą nie jest, że „ ostatnio w związku z budową stadionu Narodowego wyznawcy (czyli mieszkańcy Pragi – przyp. antropolożka) przenoszą się na Bazar Różyckiego”. Bazar Różyckiego jak umierał tak umiera, i nawet tańce i koncert (rewelacyjnego!) Nayekhovichi niewiele tu pomogły. Zapraszam Pana Pawłowskiego na Pragę, by sam się przekonał, ile wspólnego z rzeczywistością, mają jego artykuły. Albo niech lepiej zajmie się teatrem.

„Następnym krokiem powinno być utworzenie na Pradze rezerwatu, w którym mieszkańcy lewobrzeżnej Warszawy oraz turyści z całego świata mogliby oko w oko spotkać się z praskimi aborygenami. Skosztować „żuru”, przymierzyć dres i złożyć ofiarę „Czarnej Mańce”. Zapraszam redaktora Pawłowskiego na Pragę. Ja z chęcią sama złożę z niego ofiarę. Z dyplomem UW w kieszeni. W Galerii Mokotów zakupy robić możemy, ale w Galerii Wileńska to już obciach. O snobach i katolach z Żoliborza już pisać nie wypada, bo to inteligencja dzielnica, co NAS zrodziła. I badania na Pradze porównywać do badań Malinowskiego na Trobriandów. Oj, passe... teraz uprawia się antropologię we własnym domu... Pan Pawłowski tego nie wie?

wtorek, 23 czerwca 2009

Orawa

Zimą był Spisz, teraz przyszła kolej na Orawę. Obejrzałam dokładnie chałupy z wyżką i pomarzyłam o pracy w skansenie, tfu, muzeum na otwartym powietrzu. To było by takie idylliczne: kwiaty, drewniane chałupy, dużo progów do przysiadania porankiem z kawą w ręku, w dali najpiękniejsza panorama o jakiej można sobie marzyć, nade mną wyniosła Babia, a do tego kozy, owce i dachy kryte gontem, albo jeszcze lepiej - strzechą. Życiowe problemy sprowadzały by się do tego skąd wziać słomę na dach (a nie trzcinę - o nią łatwo) i jak długo wystarczy uzbieranego przed laty mchu do wypełniania ubytków pomiędzy płazami. Potem pomyślałam o zimie - biegówki, narty, kuligi. A potem pomyślałam o pozostalych porach roku: deszczu, błocie, mroku i mgle.

Obrazki orwaskie:
Młodzież gimnazjalna w busiku (gdybym była po drugiej stronie Wisły to bym powiedziała: w marszrutce) rozmawiała gwarą. Po chwili dotarł do mnie temat - rozmawiali o jakiś podzespołach komputerowych, kartach pamięci i procesorach. O wszystkim w gwarze.

Głownym budynkiem skansenu jest Dwór Moniaków. Do 1951 roku zamieszkany był przez ostatnią potomkinię rodu Joanne Wilczkową (jej brat Sandor Lattyak zaginął wcześniej gdzieś w Budapeszcie). Stawała ona na drodze i kazała przechodzącym dzieciom całować się w rękę - w końcu 300 lat wcześniej jej pradziad został nobilitowany.
Wyobrażam sobie: starsza pani w brudnej, zniszczonej spódnicy z zapaską (to pewnie wpływ mazowsza na moją wyobraźnię) czyhają na rozstaju na biedne dzieci wracające ze szkoły.

Babia Góra (Pod Krakowem, między chmury, widać czuby Babiej Góry).
Na szczycie wiatr, pędzące chury, zamglone Tatry na horyzoncie. Tak jak na wielu górach znajdują się tu tablice pamiątkowe i kapliczka. Nie dziwi mnie to, bo jakaś tajemnicza siła pcha ludzi do stawiania tego typu obiektów na wierzchołkach. Krzyże znajdują sie na prawie każdym szcyzcie w Dolomitach, tablice są na Rysach, Krywaniu. Ambicje księdza Kaszelewskiego przyozdobiły charakterystycznym znakiem Giewont tworząc nowy symbol polskiej wiary. Na Babiej zaskakuje jednak różnorodność obiektów.
Jest ołtarz i rzeźba MB Królowej Babiej Góry (nie wystarczy widać, żeby biedaczka była Królową Polski, Królową Tatr, zasługuje też na królowanie nad Babią Górą - tego w przeciwieństwie do pierwszego tytułu jej zazdroszczę). Statuetkę ustawili GOPRowcy w podziękowaniu za ocelenie JPII z zamachu.
Na samej górze wznosi się kamenny obelisk upamiętniający wejście na szczyt arcyksiecia Józefa, palatyna Węgier. Wierzę przewodnikowi na słowo, bo napisy się zatarły. Obok na skale jest napis wyryty ku czci Piłusudskiego i legionistów.
Największy i najnowszy to pomnik poswięcony JPII. Postawili go Słowacy w 1996 roku. Moją uwagę przykuł napis, który zachowując część ortografii słowackiej chyba był po polsku. Niestety nie zapisałam go, żeby zweryfikować czy tak jest na prawdę.

środa, 10 czerwca 2009

PIAskownica III

W dniach 8-12 czerwca 2009 w księgarnio-kawiarni TARABUK (ul. Browarna 9, Powiśle) w ramach cyklu „PIAskownica. Swawole z antropologią” odbędzie się trzeci „Tydzień w PIAskownicy”. Każdego dnia o godzinie 17.00 młodzi etnografowie i antropolodzy kultury będą opowiadać o swoich badaniach. Organizatorem spotkań jest Polski Instytut Antropologii.

Chcesz wiedzieć: Kim jest antropolog i co takiego bada? Czy w polu jego zainteresowań są tylko skanseny? Co ma ze sobą wspólnego tradycyjny teatr z Jawy i grupa zapalonych artystów ze wsi Markowa na Rzeszowszczyźnie? Dowiemy się także kim są wyznawcy diabła i dlaczego mają niewiele wspólnego z satanistami. A jeśli ktoś nie weźmie udziału w Dniach Warszawskich Organizacji Pozarządowych – nic straconego! W PIAskownicy poznamy przepis na skuteczną zmianę świata. Zapraszamy: 8-12 czerwca w księgarnio-kawiarnii TARABUK. Codziennie o godzinie 17.00.

Poniedziałek – 8 czerwca
Maria Szymańska „Wayang Orang Sriwedari - tradycyjny teatr jawajski w XXI wieku”
We śnie czy na Jawie - przeszłość ma zawsze coś do teraźniejszości. Przykład prosto z Jawy.

Wtorek – 9 czerwca
Hanna Szuszkiewicz "Jakim cudem amatorski teatr przetrwał ponad 100 lat?”
Opowieść o nieprofesjonalnych artystach ze wsi Markowa na Rzeszowszczyźnie i lokalnych aktywistach społeczeństwa obywatelskiego.

Środa – 10 czerwca
Karol Langie „Jak skutecznie zmienić świat – poradnik dla aktywnych”
O doświadczeniach z pracy z lokalnymi społecznościami opowie architekt z wykształcenia i antropolog z zamiłowania.

Czwartek – 11 czerwca
Tarabuk zamknięty
Świętujemy Boże Ciało.

Piątek – 12 czerwca
Paweł Rakowski „Czciciele diabła – Jezydzi”
Kim są wyznawcy szatana?


Więcej informacji o projekcie na stronie www.piaskownica.org

Organizator: Polski Instytut Antropologii
Partner: Księgarnio-kawiarnia Tarabuk
Projekt finansowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego

wtorek, 12 maja 2009

rowerowe problemy z tożsamością

Jeżdżę na rowerze. Dużo jeżdżę na rowerze. Dzisiaj pierwszy raz od bardzo dawna ruszyłam się bez roweru dalej niż do najbliższego sklepu i poczułam się dziwnie, niepewnie, nago. Po 200 metrach panicznie chciałam zawrócić i wziąć rower. Świat z poziomu pieszego przewala się jak kisiel. Wolno, niewyraźnie, niezachęcająco. Nie ma szaleństwa wiatru, anonimowości pędu, rowerowej wolności, która nie uwarunkowana jest remontami torowisk, korkami na ulicach, a nawet przejściami dla pieszych. Nie uwarunkowana jest też porą dnia czy nocy - nic nie smakuje tak jak nocny rower po zakazanych uliczkach, parkach. Jeżdżę tam, gdzie pewnie bałabym się pójść w ciągu dnia. Rower daje wolność, niezależność i poczucie bezpieczeństwa.

Nie mam kolarki, chociaż o niej marzę. Ona daje prędkość, ale w mieście czasami za dużo jest torowisk, za często trzeba się oglądać do tyłu - na kolarce jest to trudniejsze niż na rowerze miejskim. Górski rower w mieście jest jednak trochę bez sensu. Rower klasycznie miejski pozwala wyprostować się, założyć spódnicę, słowem: cycle chic. Jest wygodny i można go względnie bezpiecznie zostawiać pod bibliotekami, sklepami, stadionami i we wszystkich innych miejscach w których bywam. Oczywiście przypiętego i z założeniem, że jego wartość nie przekraczałaby 400 złotych.

Nie wiem czy opisałabym się jako miejska rowerzystka. Dużo jeżdżę poza Warszawą. I lubię Masę Krytyczną (nie wiem czy to mialoby o czymś przesądzać, ale zaznaczam). I chciałabym kiedyś przejechac się w alleycacie.
Po ostatniej jeździe nad Zegrze zamarzył mi się prawdziwy strój rowerowy.
I wtedy poczułam się zagubiona.
Nie jestem długodystancowcem, nie jestem miejskim wariatem, nie jeżdżę zabłocona po uszy po leśnych ostępach (przynajmniej staram się), nie jestem rowerową dziewczynką w spódnicy i butach na obcasie. Swoim rowerom nadaję imiona i uważam, że trasa z Mokotowa na Bielany jest za krótka. Czuję się zagubiona.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

na kryzys

Z nieoficjalnych informacji przekazanych mi przez pracownika pewnej warszawskiej agencji fotograficznej wiem, że w ostatnim czasie spadła sprzedaż dzienników (stąd podwyżka ceny Wyborczej) i gazet informacyjnych. Wzrosło natomiast zainteresowanie kolorową prasą donoszącą o kolejnych dzieciach pani Cichopek (a może Hakiel?), mitingach Paris Hilton z koleżankami albo czymś jeszcze (nie wiem, czym, bo nie czytam; z Pudelka też już nie korzystam). Pracownik wyjaśnia mi, że ludzie dość mają czytania o kryzysie, masowych zwolnieniach, spadku zatrudnienia i innych trudnych do zniesienia atrakcjach. Wolą poświęcać się czemuś miłemu, czyli zgłębianiu tajemnic życia celebrytów, przyszłych celebrytów, celebretów przemijających lub powracających do branży.

Zapewne tym samym można tłumaczyć pojawienie się w telewizji nowego programu prowadzonego przez wspomnianą już Cichopek. W ostatnią sobotę poświęciłam godzinę, by zobaczyć jak wygląda nowa, nowoczesna, XXI-wieczna „Randka w ciemno”. Wraz z kamerą zaglądamy do kuchni kandydatów, pytamy ich o uprawiane sporty (siłownia, skoki na bandżi, jazda na desce – „ale jesteśmy zajefajni, co?”), podglądamy bieliznę w jakiej śpią (najlepiej, jeśli tak samo jak wybierająca, śpią nago), zachwycamy się (a może wcale nie) układami choreograficznymi. Ostatecznie jednak wybrany zostaje i tak ten, który jest najprzystojniejszy albo ten co wpadnie w oko wybierającej. Nie liczy się więc to, co w głowie jest, ale jak wygląda (i akurat w tym odcinku – jak pachnie) kandydat. W prezencie para nie dostaje już podróży dookoła świata, wycieczki do Egiptu, czy weekendu w górach, ale zestaw dwóch telefonów z darmowymi połączeniami do siebie wzajemnie. Jest pięknie! Nie mamy pracy, jemy bigos ze słoika po miodzie przygotowany przez mamusię, do drzwi puka komornik, ale mamy darmowe połączenia i możemy sobie o robaczkach i misiach gadać godzinami... Życie jest takie cudowne...

Szkoda, że takiego optymizmu zabrakło wczoraj w skansenie. Mój zachwyt wzbudziłaby rekonstrukcja kryjówki. Chciałabym w zagrodzie z okresu II wojny światowej zobaczyć kryjówkę dla ukrywanych Żydów. Bo jakoś w mazowieckim krajobrazie mi ich zabrakło. Jak u Kolberga. Też o nich nie pisał. A jak pisał, to nie tak, jak powinien. Tak pięknie i optymistycznie byłoby dowiedzieć się, że w tym trudnym czasie, ktoś jednak zdobył się na gest i uratował człowieka (albo i całą rodzinę). Nawet jeśli bardziej typowe było zabijanie Żydów, wydawanie ich gestapo, przemoc seksualna wobec żydowskich kobiet, albo całkowita obojętność. W skansenie, w którym byłam stoi wielka, sześciokątna stodoła. Nietypowa w tym regionie. Niespotykana. Może jedyna. A może miło byłoby zobaczyć też niespotykaną, niepopularną, rzadką, ale jednak prawdziwą, istniejącą, użyteczną kryjówkę. Ja zawsze byłam ciekawa, jak one wyglądały. Bo jak ktoś przez dwa lata może mieszkać w stodole, oborze, stajni albo suszarni? Tak chociaż Żydzi mogliby się w takim skansenie pojawić. Fakt, że historia byłaby tu w pewnym stopniu zakłamana, jest dla mniej ważny, niż samo ich uobecnienie. Bo ważne, że byli, że żyli, że zostali uratowani. Historia jest piękna, a życie cudowne. W sam raz na kryzys.

sobota, 18 kwietnia 2009

Po powrocie z PÓŁNOCY powinnam podzielić się refleksjami nad różnicami kulturowymi pomiędzy Polakami a Finami (Finlandczykami). Za namową Pani Antropolog postanowiłam jednak poświęcić się czemuś innemu. By nie tracić czas a i wykorzystać to, co już doskonale zostało zrobione, zacytuję słowa pisarza.

"Do powrotnego promu została prawie godzina. Nie spieszyłem się i powoli przeżywałem tę chwilę: bezludzie, wrony, trawa. Potem — z tym samym skupieniem — obszedłem teren wzdłuż murów. Od czasu do czasu trafiałem nad morze, blade i ciche. Małżeństwo niemłodych Turków jadło obiad, za stół służył im zwykły przybrzeżny kamień. Sfotografowałem mewę na bastionie. Nie było nic więcej do zrobienia.

Okolica była wyspowa, północna, dostać się tam można było tylko przez wodę, mówiąc dokładnie, przez wody Zatoki Fińskiej. Poradzono mi, bym odwiedził to miejsce ze względu na chroniczny w stolicy Finlandii brak intensywnych wrażeń krajobrazowych. Helsinki to niezwykle wygodne, przyjemne, ale — takie odniosłem wrażenie — niezbyt ciekawe miasto.. Sytuację mogła uratować tylko morska twierdza.

Twierdza, podobnie jak wszystko w tym kraju, ma dwie nazwy — fińską i szwedzką.. Oficjalna wersja głosi, że nie ma w Finlandii szwedzkiej mniejszości, są natomiast szwedzkojęzyczni Finowie. Z szacunku dla nich wszystkie napisy są dwujęzyczne i szwedzki jest, jak powiedział jeden znajomy dowcipniś,„drugim między równymi ”.Zresztą, błąkając się po miejskich labiryntach dzisiejszej helsińskiej piktografii i toponimii, z czasem nauczyłem się zwracać uwagę wyłącznie na szwedzkie napisy, jakieś nitki korzeni łączyły je wszakże ze światem germańskim, saksońskim, gockim — a fińskich nazw po prostu nie dawało się doczytać do końca. Zupełnie inna rodzina językowa, nieznośnie trudna dla cudzoziemca struktura, szesnaście przypadków i tak dalej. Tak więc po szwedzku twierdza ta nazywa się Sveaborg, czyli właśnie Szwedzka Twierdza. Fińska nazwa z kolei głosi coś wręcz przeciwnego — Suomenlinna.. Tak się przyjęło i tak są one używane, jedna obok drugiej, na wszystkich mapach i planach, we wszystkich przewodnikach — Suomenlinna,, Sveaborg.

Była sobota, masa swobodnie ubranych ludzi, mających ochotę na morski spacer z dziećmi, psami, plecakami i rowerami, czarno-żółty tramwaj wodny odpływał z przystani w pobliżu pałacu prezydenckiego, podróż trwała niecałe pół godziny — wzdłuż bulwaru Katajanokanlaituri//Skatuddskajen, obok wyspy Valkosaari/Blekholmen, przez wiatr na pokładzie, przez niezrozumiałe słowa, przez wszystkie szesnaście przypadków, wypadków i tak dalej.

Być może to właśnie sprawiło, że po przybyciu na wyspę ruszyłem nie ze wszystkimi, ale na prawo — w stronę jakichś czarnych murów, gęsto porosłych zielskiem (połowa czerwca, Północ, na wpół rozgrzane, na wpół zetlałe dmuchawce). Świadczyło to o opuszczeniu i zaniedbaniu, było mi dobrze w samotności, za murami mogła znajdować się wymarzona twierdza. Ale była tam tylko grupa jakichś żółtych budynków koszarowego typu, pustych i cichych, jakieś dawne więzienie na wyspie, koszary czy wojskowa szkoła marynarki, albo wszystko to naraz. Mury miejscami odrapane, fińska flaga na maszcie nad głównym wejściem i ani żywego ducha. Były co prawda ogromne jesiony na środku placu, a na nich cała eskadra wron, które powitały mnie niesamowitym wrzaskiem — jakbym był jakimś admirałem. I tyle.

Do powrotnego promu została prawie godzina. Nie spieszyłem się i powoli przeżywałem tę chwilę: bezludzie, wrony, trawa. Potem — z tym samym skupieniem — obszedłem teren wzdłuż murów. Od czasu do czasu trafiałem nad morze, blade i ciche. Małżeństwo niemłodych Turków jadło obiad, za stół służył im zwykły przybrzeżny kamień. Sfotografowałem mewę na bastionie. Nie było nic więcej do zrobienia.

„Okolica korzysta z człowieka — z jego skupienia,, z tego, że przebywa on w optycznej melancholii. Podobnie jak zwierciadlane odbicie, okolica potrzebuje cudzego spojrzenia, by mogła pojawić się i zdradzić swoją obecność ” — tak mówił fergański poeta Szamszas Abdułłajew kilka dni później. Wydało mi się, że go rozumiem. Nagle zrozumiałem także i to, że w końcu nie zobaczyłem twierdzy. Uznałem za twierdzę coś innego i zmarnowałem masę cennego czasu. Przecież trzeba było tam iść razem ze wszystkimi, od razu, wtedy po przypłynięciu. Gwałtownie rzuciłem się na drugi koniec wyspy, mijając kioski z piwem, korty tenisowe, luterański kościół i drewniane domy. Twierdza znajdowała się na sztucznym pagórku, wymyślił ją kiedyś szwedzki król Gustaw IV — mimo woli przychodziła na myśl cała marność tego świata, nieziszczone dążenia Szwecji do stania się bałtyckim imperium, mocarstwem, przypominała się Połtawa, Kronsztad, Twierdza Michajłowska w Petersburgu, przypominało się „historia mogła wyglądać inaczej ”.Na dziedzińcu twierdzy, jak zawsze, kłębili się Japończycy. Nie wiadomo po co sfotografowałem pomnik szwedzkiej floty wojennej.

Okolica korzystała ze mnie. Nie miałem nic przeciwko temu."


napisał Jurij Andruchowycz w książce "Ostatnie terytorium. Eseje o Ukrainie".
Tekst pochodzi ze strony: http://czytelnia.onet.pl/0,1091336,do_czytania.html

środa, 1 kwietnia 2009

Kapliczka. Badania terenowe na Spiszu

Mieszkamy w Rzepiskach. To wioska z jednym z najpiękniejszych widoków na Tatry. Zawsze chodziliśmy tu na spacery, teraz zamarzyło nam się zanocować. Rzepiska leżą po drugiej stronie Białki, więc to już nie Podhale, to Spisz ("idziemy na węgierską stronę" powtarzamy sobie zawsze przekraczając granicę). Wieczorem, po szybkim przebiegnięciu się na nartach po okolicy, gospodarz zaprasza nas wódkę. "Pijemy po góralsku" zarządził, a ja szybko przypominam sobie zasady (przepicie do sąsiada, rytualne strzepnięcie ostatnich kropel, nalanie), aby nie zdradzić się brakiem kompetencji kulturowych. Na szczęście, szybko okazuje się, że dotyczy to tylko mężczyzn. Ja dostaję pozwolenie na piecie we własnym tempie.
Rozmawiamy. O pogodzie, o ogrodzie, ziemi, polowaniach (na ścianie wisi imponująca kolekcja), miodzie i o wsi.
Gospodarz opowiada o konflikcie.
Dawno, dawno temu jego prapradziadek wybrał się w podróż do Ziemi Świętej. Przywiózł stamtąd 8 nasion wiązu. 7 się nie przyjęło, zmarniało, jedno wyrosło i drzewko zostało uroczyście posadzone koło kapliczki. Rosło sobie spokojnie do czasu gdy we wsi nie pojawił się nowy ksiądz i przy poszerzaniu drogi do kościoła nie przyciął dużego już drzewa tak, że nie wiadomo, czy ono w ogóle przeżyje. Wieś jest zbulwersowana.

Wiąz koło kapliczki został zniszczony w imię innej "świętej" sprawy - drogi do kościoła. Która siła okaże się silniejsza? Ksiądz czy święte drzewo?