wtorek, 23 czerwca 2009

Orawa

Zimą był Spisz, teraz przyszła kolej na Orawę. Obejrzałam dokładnie chałupy z wyżką i pomarzyłam o pracy w skansenie, tfu, muzeum na otwartym powietrzu. To było by takie idylliczne: kwiaty, drewniane chałupy, dużo progów do przysiadania porankiem z kawą w ręku, w dali najpiękniejsza panorama o jakiej można sobie marzyć, nade mną wyniosła Babia, a do tego kozy, owce i dachy kryte gontem, albo jeszcze lepiej - strzechą. Życiowe problemy sprowadzały by się do tego skąd wziać słomę na dach (a nie trzcinę - o nią łatwo) i jak długo wystarczy uzbieranego przed laty mchu do wypełniania ubytków pomiędzy płazami. Potem pomyślałam o zimie - biegówki, narty, kuligi. A potem pomyślałam o pozostalych porach roku: deszczu, błocie, mroku i mgle.

Obrazki orwaskie:
Młodzież gimnazjalna w busiku (gdybym była po drugiej stronie Wisły to bym powiedziała: w marszrutce) rozmawiała gwarą. Po chwili dotarł do mnie temat - rozmawiali o jakiś podzespołach komputerowych, kartach pamięci i procesorach. O wszystkim w gwarze.

Głownym budynkiem skansenu jest Dwór Moniaków. Do 1951 roku zamieszkany był przez ostatnią potomkinię rodu Joanne Wilczkową (jej brat Sandor Lattyak zaginął wcześniej gdzieś w Budapeszcie). Stawała ona na drodze i kazała przechodzącym dzieciom całować się w rękę - w końcu 300 lat wcześniej jej pradziad został nobilitowany.
Wyobrażam sobie: starsza pani w brudnej, zniszczonej spódnicy z zapaską (to pewnie wpływ mazowsza na moją wyobraźnię) czyhają na rozstaju na biedne dzieci wracające ze szkoły.

Babia Góra (Pod Krakowem, między chmury, widać czuby Babiej Góry).
Na szczycie wiatr, pędzące chury, zamglone Tatry na horyzoncie. Tak jak na wielu górach znajdują się tu tablice pamiątkowe i kapliczka. Nie dziwi mnie to, bo jakaś tajemnicza siła pcha ludzi do stawiania tego typu obiektów na wierzchołkach. Krzyże znajdują sie na prawie każdym szcyzcie w Dolomitach, tablice są na Rysach, Krywaniu. Ambicje księdza Kaszelewskiego przyozdobiły charakterystycznym znakiem Giewont tworząc nowy symbol polskiej wiary. Na Babiej zaskakuje jednak różnorodność obiektów.
Jest ołtarz i rzeźba MB Królowej Babiej Góry (nie wystarczy widać, żeby biedaczka była Królową Polski, Królową Tatr, zasługuje też na królowanie nad Babią Górą - tego w przeciwieństwie do pierwszego tytułu jej zazdroszczę). Statuetkę ustawili GOPRowcy w podziękowaniu za ocelenie JPII z zamachu.
Na samej górze wznosi się kamenny obelisk upamiętniający wejście na szczyt arcyksiecia Józefa, palatyna Węgier. Wierzę przewodnikowi na słowo, bo napisy się zatarły. Obok na skale jest napis wyryty ku czci Piłusudskiego i legionistów.
Największy i najnowszy to pomnik poswięcony JPII. Postawili go Słowacy w 1996 roku. Moją uwagę przykuł napis, który zachowując część ortografii słowackiej chyba był po polsku. Niestety nie zapisałam go, żeby zweryfikować czy tak jest na prawdę.

środa, 10 czerwca 2009

PIAskownica III

W dniach 8-12 czerwca 2009 w księgarnio-kawiarni TARABUK (ul. Browarna 9, Powiśle) w ramach cyklu „PIAskownica. Swawole z antropologią” odbędzie się trzeci „Tydzień w PIAskownicy”. Każdego dnia o godzinie 17.00 młodzi etnografowie i antropolodzy kultury będą opowiadać o swoich badaniach. Organizatorem spotkań jest Polski Instytut Antropologii.

Chcesz wiedzieć: Kim jest antropolog i co takiego bada? Czy w polu jego zainteresowań są tylko skanseny? Co ma ze sobą wspólnego tradycyjny teatr z Jawy i grupa zapalonych artystów ze wsi Markowa na Rzeszowszczyźnie? Dowiemy się także kim są wyznawcy diabła i dlaczego mają niewiele wspólnego z satanistami. A jeśli ktoś nie weźmie udziału w Dniach Warszawskich Organizacji Pozarządowych – nic straconego! W PIAskownicy poznamy przepis na skuteczną zmianę świata. Zapraszamy: 8-12 czerwca w księgarnio-kawiarnii TARABUK. Codziennie o godzinie 17.00.

Poniedziałek – 8 czerwca
Maria Szymańska „Wayang Orang Sriwedari - tradycyjny teatr jawajski w XXI wieku”
We śnie czy na Jawie - przeszłość ma zawsze coś do teraźniejszości. Przykład prosto z Jawy.

Wtorek – 9 czerwca
Hanna Szuszkiewicz "Jakim cudem amatorski teatr przetrwał ponad 100 lat?”
Opowieść o nieprofesjonalnych artystach ze wsi Markowa na Rzeszowszczyźnie i lokalnych aktywistach społeczeństwa obywatelskiego.

Środa – 10 czerwca
Karol Langie „Jak skutecznie zmienić świat – poradnik dla aktywnych”
O doświadczeniach z pracy z lokalnymi społecznościami opowie architekt z wykształcenia i antropolog z zamiłowania.

Czwartek – 11 czerwca
Tarabuk zamknięty
Świętujemy Boże Ciało.

Piątek – 12 czerwca
Paweł Rakowski „Czciciele diabła – Jezydzi”
Kim są wyznawcy szatana?


Więcej informacji o projekcie na stronie www.piaskownica.org

Organizator: Polski Instytut Antropologii
Partner: Księgarnio-kawiarnia Tarabuk
Projekt finansowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego

wtorek, 12 maja 2009

rowerowe problemy z tożsamością

Jeżdżę na rowerze. Dużo jeżdżę na rowerze. Dzisiaj pierwszy raz od bardzo dawna ruszyłam się bez roweru dalej niż do najbliższego sklepu i poczułam się dziwnie, niepewnie, nago. Po 200 metrach panicznie chciałam zawrócić i wziąć rower. Świat z poziomu pieszego przewala się jak kisiel. Wolno, niewyraźnie, niezachęcająco. Nie ma szaleństwa wiatru, anonimowości pędu, rowerowej wolności, która nie uwarunkowana jest remontami torowisk, korkami na ulicach, a nawet przejściami dla pieszych. Nie uwarunkowana jest też porą dnia czy nocy - nic nie smakuje tak jak nocny rower po zakazanych uliczkach, parkach. Jeżdżę tam, gdzie pewnie bałabym się pójść w ciągu dnia. Rower daje wolność, niezależność i poczucie bezpieczeństwa.

Nie mam kolarki, chociaż o niej marzę. Ona daje prędkość, ale w mieście czasami za dużo jest torowisk, za często trzeba się oglądać do tyłu - na kolarce jest to trudniejsze niż na rowerze miejskim. Górski rower w mieście jest jednak trochę bez sensu. Rower klasycznie miejski pozwala wyprostować się, założyć spódnicę, słowem: cycle chic. Jest wygodny i można go względnie bezpiecznie zostawiać pod bibliotekami, sklepami, stadionami i we wszystkich innych miejscach w których bywam. Oczywiście przypiętego i z założeniem, że jego wartość nie przekraczałaby 400 złotych.

Nie wiem czy opisałabym się jako miejska rowerzystka. Dużo jeżdżę poza Warszawą. I lubię Masę Krytyczną (nie wiem czy to mialoby o czymś przesądzać, ale zaznaczam). I chciałabym kiedyś przejechac się w alleycacie.
Po ostatniej jeździe nad Zegrze zamarzył mi się prawdziwy strój rowerowy.
I wtedy poczułam się zagubiona.
Nie jestem długodystancowcem, nie jestem miejskim wariatem, nie jeżdżę zabłocona po uszy po leśnych ostępach (przynajmniej staram się), nie jestem rowerową dziewczynką w spódnicy i butach na obcasie. Swoim rowerom nadaję imiona i uważam, że trasa z Mokotowa na Bielany jest za krótka. Czuję się zagubiona.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

na kryzys

Z nieoficjalnych informacji przekazanych mi przez pracownika pewnej warszawskiej agencji fotograficznej wiem, że w ostatnim czasie spadła sprzedaż dzienników (stąd podwyżka ceny Wyborczej) i gazet informacyjnych. Wzrosło natomiast zainteresowanie kolorową prasą donoszącą o kolejnych dzieciach pani Cichopek (a może Hakiel?), mitingach Paris Hilton z koleżankami albo czymś jeszcze (nie wiem, czym, bo nie czytam; z Pudelka też już nie korzystam). Pracownik wyjaśnia mi, że ludzie dość mają czytania o kryzysie, masowych zwolnieniach, spadku zatrudnienia i innych trudnych do zniesienia atrakcjach. Wolą poświęcać się czemuś miłemu, czyli zgłębianiu tajemnic życia celebrytów, przyszłych celebrytów, celebretów przemijających lub powracających do branży.

Zapewne tym samym można tłumaczyć pojawienie się w telewizji nowego programu prowadzonego przez wspomnianą już Cichopek. W ostatnią sobotę poświęciłam godzinę, by zobaczyć jak wygląda nowa, nowoczesna, XXI-wieczna „Randka w ciemno”. Wraz z kamerą zaglądamy do kuchni kandydatów, pytamy ich o uprawiane sporty (siłownia, skoki na bandżi, jazda na desce – „ale jesteśmy zajefajni, co?”), podglądamy bieliznę w jakiej śpią (najlepiej, jeśli tak samo jak wybierająca, śpią nago), zachwycamy się (a może wcale nie) układami choreograficznymi. Ostatecznie jednak wybrany zostaje i tak ten, który jest najprzystojniejszy albo ten co wpadnie w oko wybierającej. Nie liczy się więc to, co w głowie jest, ale jak wygląda (i akurat w tym odcinku – jak pachnie) kandydat. W prezencie para nie dostaje już podróży dookoła świata, wycieczki do Egiptu, czy weekendu w górach, ale zestaw dwóch telefonów z darmowymi połączeniami do siebie wzajemnie. Jest pięknie! Nie mamy pracy, jemy bigos ze słoika po miodzie przygotowany przez mamusię, do drzwi puka komornik, ale mamy darmowe połączenia i możemy sobie o robaczkach i misiach gadać godzinami... Życie jest takie cudowne...

Szkoda, że takiego optymizmu zabrakło wczoraj w skansenie. Mój zachwyt wzbudziłaby rekonstrukcja kryjówki. Chciałabym w zagrodzie z okresu II wojny światowej zobaczyć kryjówkę dla ukrywanych Żydów. Bo jakoś w mazowieckim krajobrazie mi ich zabrakło. Jak u Kolberga. Też o nich nie pisał. A jak pisał, to nie tak, jak powinien. Tak pięknie i optymistycznie byłoby dowiedzieć się, że w tym trudnym czasie, ktoś jednak zdobył się na gest i uratował człowieka (albo i całą rodzinę). Nawet jeśli bardziej typowe było zabijanie Żydów, wydawanie ich gestapo, przemoc seksualna wobec żydowskich kobiet, albo całkowita obojętność. W skansenie, w którym byłam stoi wielka, sześciokątna stodoła. Nietypowa w tym regionie. Niespotykana. Może jedyna. A może miło byłoby zobaczyć też niespotykaną, niepopularną, rzadką, ale jednak prawdziwą, istniejącą, użyteczną kryjówkę. Ja zawsze byłam ciekawa, jak one wyglądały. Bo jak ktoś przez dwa lata może mieszkać w stodole, oborze, stajni albo suszarni? Tak chociaż Żydzi mogliby się w takim skansenie pojawić. Fakt, że historia byłaby tu w pewnym stopniu zakłamana, jest dla mniej ważny, niż samo ich uobecnienie. Bo ważne, że byli, że żyli, że zostali uratowani. Historia jest piękna, a życie cudowne. W sam raz na kryzys.

sobota, 18 kwietnia 2009

Po powrocie z PÓŁNOCY powinnam podzielić się refleksjami nad różnicami kulturowymi pomiędzy Polakami a Finami (Finlandczykami). Za namową Pani Antropolog postanowiłam jednak poświęcić się czemuś innemu. By nie tracić czas a i wykorzystać to, co już doskonale zostało zrobione, zacytuję słowa pisarza.

"Do powrotnego promu została prawie godzina. Nie spieszyłem się i powoli przeżywałem tę chwilę: bezludzie, wrony, trawa. Potem — z tym samym skupieniem — obszedłem teren wzdłuż murów. Od czasu do czasu trafiałem nad morze, blade i ciche. Małżeństwo niemłodych Turków jadło obiad, za stół służył im zwykły przybrzeżny kamień. Sfotografowałem mewę na bastionie. Nie było nic więcej do zrobienia.

Okolica była wyspowa, północna, dostać się tam można było tylko przez wodę, mówiąc dokładnie, przez wody Zatoki Fińskiej. Poradzono mi, bym odwiedził to miejsce ze względu na chroniczny w stolicy Finlandii brak intensywnych wrażeń krajobrazowych. Helsinki to niezwykle wygodne, przyjemne, ale — takie odniosłem wrażenie — niezbyt ciekawe miasto.. Sytuację mogła uratować tylko morska twierdza.

Twierdza, podobnie jak wszystko w tym kraju, ma dwie nazwy — fińską i szwedzką.. Oficjalna wersja głosi, że nie ma w Finlandii szwedzkiej mniejszości, są natomiast szwedzkojęzyczni Finowie. Z szacunku dla nich wszystkie napisy są dwujęzyczne i szwedzki jest, jak powiedział jeden znajomy dowcipniś,„drugim między równymi ”.Zresztą, błąkając się po miejskich labiryntach dzisiejszej helsińskiej piktografii i toponimii, z czasem nauczyłem się zwracać uwagę wyłącznie na szwedzkie napisy, jakieś nitki korzeni łączyły je wszakże ze światem germańskim, saksońskim, gockim — a fińskich nazw po prostu nie dawało się doczytać do końca. Zupełnie inna rodzina językowa, nieznośnie trudna dla cudzoziemca struktura, szesnaście przypadków i tak dalej. Tak więc po szwedzku twierdza ta nazywa się Sveaborg, czyli właśnie Szwedzka Twierdza. Fińska nazwa z kolei głosi coś wręcz przeciwnego — Suomenlinna.. Tak się przyjęło i tak są one używane, jedna obok drugiej, na wszystkich mapach i planach, we wszystkich przewodnikach — Suomenlinna,, Sveaborg.

Była sobota, masa swobodnie ubranych ludzi, mających ochotę na morski spacer z dziećmi, psami, plecakami i rowerami, czarno-żółty tramwaj wodny odpływał z przystani w pobliżu pałacu prezydenckiego, podróż trwała niecałe pół godziny — wzdłuż bulwaru Katajanokanlaituri//Skatuddskajen, obok wyspy Valkosaari/Blekholmen, przez wiatr na pokładzie, przez niezrozumiałe słowa, przez wszystkie szesnaście przypadków, wypadków i tak dalej.

Być może to właśnie sprawiło, że po przybyciu na wyspę ruszyłem nie ze wszystkimi, ale na prawo — w stronę jakichś czarnych murów, gęsto porosłych zielskiem (połowa czerwca, Północ, na wpół rozgrzane, na wpół zetlałe dmuchawce). Świadczyło to o opuszczeniu i zaniedbaniu, było mi dobrze w samotności, za murami mogła znajdować się wymarzona twierdza. Ale była tam tylko grupa jakichś żółtych budynków koszarowego typu, pustych i cichych, jakieś dawne więzienie na wyspie, koszary czy wojskowa szkoła marynarki, albo wszystko to naraz. Mury miejscami odrapane, fińska flaga na maszcie nad głównym wejściem i ani żywego ducha. Były co prawda ogromne jesiony na środku placu, a na nich cała eskadra wron, które powitały mnie niesamowitym wrzaskiem — jakbym był jakimś admirałem. I tyle.

Do powrotnego promu została prawie godzina. Nie spieszyłem się i powoli przeżywałem tę chwilę: bezludzie, wrony, trawa. Potem — z tym samym skupieniem — obszedłem teren wzdłuż murów. Od czasu do czasu trafiałem nad morze, blade i ciche. Małżeństwo niemłodych Turków jadło obiad, za stół służył im zwykły przybrzeżny kamień. Sfotografowałem mewę na bastionie. Nie było nic więcej do zrobienia.

„Okolica korzysta z człowieka — z jego skupienia,, z tego, że przebywa on w optycznej melancholii. Podobnie jak zwierciadlane odbicie, okolica potrzebuje cudzego spojrzenia, by mogła pojawić się i zdradzić swoją obecność ” — tak mówił fergański poeta Szamszas Abdułłajew kilka dni później. Wydało mi się, że go rozumiem. Nagle zrozumiałem także i to, że w końcu nie zobaczyłem twierdzy. Uznałem za twierdzę coś innego i zmarnowałem masę cennego czasu. Przecież trzeba było tam iść razem ze wszystkimi, od razu, wtedy po przypłynięciu. Gwałtownie rzuciłem się na drugi koniec wyspy, mijając kioski z piwem, korty tenisowe, luterański kościół i drewniane domy. Twierdza znajdowała się na sztucznym pagórku, wymyślił ją kiedyś szwedzki król Gustaw IV — mimo woli przychodziła na myśl cała marność tego świata, nieziszczone dążenia Szwecji do stania się bałtyckim imperium, mocarstwem, przypominała się Połtawa, Kronsztad, Twierdza Michajłowska w Petersburgu, przypominało się „historia mogła wyglądać inaczej ”.Na dziedzińcu twierdzy, jak zawsze, kłębili się Japończycy. Nie wiadomo po co sfotografowałem pomnik szwedzkiej floty wojennej.

Okolica korzystała ze mnie. Nie miałem nic przeciwko temu."


napisał Jurij Andruchowycz w książce "Ostatnie terytorium. Eseje o Ukrainie".
Tekst pochodzi ze strony: http://czytelnia.onet.pl/0,1091336,do_czytania.html

środa, 1 kwietnia 2009

Kapliczka. Badania terenowe na Spiszu

Mieszkamy w Rzepiskach. To wioska z jednym z najpiękniejszych widoków na Tatry. Zawsze chodziliśmy tu na spacery, teraz zamarzyło nam się zanocować. Rzepiska leżą po drugiej stronie Białki, więc to już nie Podhale, to Spisz ("idziemy na węgierską stronę" powtarzamy sobie zawsze przekraczając granicę). Wieczorem, po szybkim przebiegnięciu się na nartach po okolicy, gospodarz zaprasza nas wódkę. "Pijemy po góralsku" zarządził, a ja szybko przypominam sobie zasady (przepicie do sąsiada, rytualne strzepnięcie ostatnich kropel, nalanie), aby nie zdradzić się brakiem kompetencji kulturowych. Na szczęście, szybko okazuje się, że dotyczy to tylko mężczyzn. Ja dostaję pozwolenie na piecie we własnym tempie.
Rozmawiamy. O pogodzie, o ogrodzie, ziemi, polowaniach (na ścianie wisi imponująca kolekcja), miodzie i o wsi.
Gospodarz opowiada o konflikcie.
Dawno, dawno temu jego prapradziadek wybrał się w podróż do Ziemi Świętej. Przywiózł stamtąd 8 nasion wiązu. 7 się nie przyjęło, zmarniało, jedno wyrosło i drzewko zostało uroczyście posadzone koło kapliczki. Rosło sobie spokojnie do czasu gdy we wsi nie pojawił się nowy ksiądz i przy poszerzaniu drogi do kościoła nie przyciął dużego już drzewa tak, że nie wiadomo, czy ono w ogóle przeżyje. Wieś jest zbulwersowana.

Wiąz koło kapliczki został zniszczony w imię innej "świętej" sprawy - drogi do kościoła. Która siła okaże się silniejsza? Ksiądz czy święte drzewo?

poniedziałek, 16 marca 2009

Klątwa - notatki do antropologii internetu

Dostałam wiadomość na gg:
14:28 Wrozka Elwira zawiadamia: ktos wpisal Twoj numer gadu gadu uzywajac opcji "Rzuc klatwe". Aby dowiedziec sie wiecej, kliknij: http://wrozka-elwira.pl/klatwa.html?id=36536727
Kiedyś potrzebny był włos, ubranie osoby na którą chcieliśmy rzucić klątwę. Teraz wystarczy numer gg. Niedługo zawiozę mój komputer do szeptuchy, aby go uchronić przed atakami wiedźm wynajętych przez osoby mi nieprzychylne. Nie wiem czy takie osoby istnieją, ale komputer warto zabezpieczyć. W końcu to okno naszej duszy.

czwartek, 26 lutego 2009

Czytelnia czasopism. Badania terenowe w bibliotece.

Antropolog przesiaduje ostatnio całymi dniami w bibliotece. W bibliotece jest ciepło, przytulnie, jest szybki internet, unosi się sympatyczny zapach starych gazet, a przede wszystkim jest dostęp do fantastycznych czasopism i gazet, których żółte kartki rozpadają się pod palcami, a których chyba jeszcze nikt nie czytał. Antropolog musiała pożyczyć od pani bibliotekarki nożyk do papieru, żeby porozcinać kartki.

Antropolog schowana w ostatnim rzędzie za słupem obserwuje życie czytelni.
Rano przychodzą staruszkowie i hałaśliwie czytają dzienniki i tygodniki. Kaszląco-nerwowa atmosfera nie wpływa dobrze na panie bibliotekarki, które są spięte i niemiłe. Koło południa pojawiają się studenci, a staruszków zaczyna ubywać. Pracownicy oddychają z ulgą, lecz przybywa pracy panom, którzy jeżdżą pomiędzy czytelnią a magazynem. Po południu przychodzą pierwsi licealiści - zwykle grupowo, zwykle na krótko. Wieczorem natomiast pojawiają się stali bywalcy. Starszy dziennikarz, który robi notatki z działów sportowych wszytskich możliwych gazet, łysawy osobnik newrowo przerzucający Minitor Polski, doktorant czytający "Radio i Świat" - numery z lat 40 i 50. Wszyscy zgarbieni, w wytartych na łokciach marynarkach. Mruczą do siebie cicho, przesuwają palcem po kolejnych wersach. Stali bywalcy rzucają sobie krótkie uśmiechy, ale nie pozdrawiają się.

Podczas gdy jeden ze zgarbionych panów zasnął pocharpując nad rozłożoną gazetą, do bibliotekarki podszedł głuchy staruszek i niekontrolując siły swojego głosu spytał o dostepność jednego z dzienników. Chrapiący ocknał się i scenicznym szeptem przez pół sali poprosił o ciszę.

Antropolog uśmiecha się zza słupa i z przyjemnością myśli o kolejnym dniu spędzonym w terenie.