Antropolożka i pani antropolog wybrały się do kina, by dołożyć swoje 2 x 28 pln (czyli jakieś 20 dolarów) do miliardowych zysków, które już przyniósł najnowszy film Camerona „AVATAR”. Wstyd przyznać, ale antropolożka nie do końca panowała nad sytuacją, na jaki film idzie. Zrućmy więc to na karby tego, że pochłonięta jest śledzeniem rywalizacji pomiędzy Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku, które buduje Rynek Galicyjski i Sądeckim Parkiem Etnograficznym, który w tym roku otworzy pełen kompleks Miasteczka Galicyjskiego.
Ale nie o tym miało być, a o tym, że w filmie zabrakło nazwania rzeczy po imieniu, czyli nikt nie powiedział, że Jake (nad którego urodą, albo raczej Sama Worthingtona, który wcielił się w jego postać - bo chłopak to zupełnie przeciętny; więc nad tą urodą rozwodziła się antropolożka po wyjściu z kina ) zachowuje się jak mody adept nauk etnologicznych i antropologicznych na swoich pierwszych badaniach. Albo zanim jeszcze rozpocznie naukę na poziomie akademickim, a już zaczyna go kręcić „bycie tam”. Z czasem „bycie tam” przesłania całą perspektywę. Trudno skończyć badania i zacząć pisać. A potem jeszcze się zakochujesz. Cóż, antropolożka i pani antropolog znają z życia wiele przykładów, gdzie badanie kultury kończy się formalizacją związku z „dobrym dzikim”. Ostatni przykład odleciał właśnie gdzieś w świat.
Dzisiejszy tekst miał być o dobrym dzikim i Rousseau, ale antropolożka ograniczy się do wklejenia linków, bo wszystko już zostało napisane.
Szczególnie polecam Martę Kołodziejską z Krytyki Politycznej
oraz Edwina Bendyka.
Antropolożka oczywiście nie ze wszystkim się zgadza, ale poleca w celach inspiracyjnych.
A tu zestawienie recenzji z innych miejsc.
sobota, 16 stycznia 2010
Na bieżąco z miasta WAWA
Chyba zbyt rzadko aktualizujemy ten blog. Zainspirowana, a może raczej zmotywowana spotkaniem poświęconym aplikacjom społecznościowym, o którym wkrótce więcej na Blogu 61, który antropolożka także prowadzi, postanowiła pośpieszyć się z wrzuceniem dwóch nowych postów.
W ostatnim czasie w mieście całkiem sporo etno wydarzeń. A jeśli nie są to bezpośrednio etno-wydarzenia, to za antropologicznie inspirowane można je uważać.
W galerii Na Piętrzę, którą prowadzi fundacja Cepelia na piętrz sklepu Cepelia na placu Konstytucji można jeszcze przez kilka dni oglądać wystawę prac przesłanych na konkurs „Pamiątka z Polski”. Przez jakiś czas była ona pokazywana w holu wejściowym PME. Wtedy jednak nie zachwycała ani rozmachem, ani inspiracją, ani tym bardziej użytecznością pokazywanych gadżetów. Ukryte za szybą stały się eksponatami. Nie wiem, czy takie było zamierzenie organizatorek, ale w Na piętrze podczas wernisażu młodsze, choć nie tyle, ale głównie, pokolenie wszystkiego dotykało, macało, wąchać – nie wąchało, lecz niewiele brakowało. Zachwyca ilość kolorów, bo rządziła stylistyka łowicka. Jednak ku radości mojego oka i fascynacji polską różnorodnością pojawiły się motywy nawiązujące do wzorów biłgorajskich i kurpiowskich. Oraz haftów śląskich. Najpopularniejszym materiałem był chyba filc. Kolczyki, podkładki i druga skóra dla laptopa. W pierwszym momencie ilość tego tworzywa budzi przerażeń, w drugim – zachwyt. Oto jak tradycyjny materiał stosowany przez lata wraca do łask. Wspaniale!
(Uwagami na temat samej ceremonii otwarcia antropolożka dzieli się osobiście).
W sobotę Państwowe Muzeum Etnograficzne, które właśnie zainaugurowało działalność swojej nowej strony internetowej (ładna, przejrzysta i czytelna; nie zabija już swoim różowo-fioletowym kolorem; choć jak zwykle łowickie inspiracje dominują), odbyła się impreza „Rekonstrukcja? Inspiracja? - etnomuzykologiczne strategie wobec muzyki tradycyjnej”. Po dyskusji, w której wzięła udział m.in. Jagna Knittel, na której film PME zaprasza w tym tygodniu, odbyły się trzy koncerty. Na pierwszym antropolożka nie była, więc nic nie napisze, poza tym, że przedstawiciele dwóch pokoleń, których zauważyła na korytarzu, byli ubrani w stroje tak zwane tradycyjne. Drugi zespół, Dziczka, to miastowe dziewczyny w chustkach na głowach śpiewające tradycyjne ukraińskie pieśni. Przewodzi im Tatiana Sopiłka, członkini legendarnego zespołu Drewo. Godne uwagi, szczególnie, że właśnie wydały swoją pierwszą płytę. Trzecia grupa to już klasyka – Kapela ze Wsi Warszawa, która od kilku miesięcy nie występowała na stołecznej scenie. Tym bardziej zachwyciła swoim koncertem. A własny akustyk wykorzystał wszystkie możliwości zarówno zespołu, jak i sali – więc nagłośnienie było fantastyczne. Nie da się jednak ukryć, że tym co w Kapeli zachwyca przede wszystkim jest ich innowacyjny stosunek do tradycji. Daleki jest od tzw „cepelii”, z której nawet chyba zaśmiano się raz czy dwa podczas koncertu. Zapewne nikt z tam obecnych nie był na wystawie w galerii Na piętrze i nie wie, jakie pamiątkowe produkty, wkrótce wejdą na rynek (i do sklepów).
W ostatnim czasie w mieście całkiem sporo etno wydarzeń. A jeśli nie są to bezpośrednio etno-wydarzenia, to za antropologicznie inspirowane można je uważać.
W galerii Na Piętrzę, którą prowadzi fundacja Cepelia na piętrz sklepu Cepelia na placu Konstytucji można jeszcze przez kilka dni oglądać wystawę prac przesłanych na konkurs „Pamiątka z Polski”. Przez jakiś czas była ona pokazywana w holu wejściowym PME. Wtedy jednak nie zachwycała ani rozmachem, ani inspiracją, ani tym bardziej użytecznością pokazywanych gadżetów. Ukryte za szybą stały się eksponatami. Nie wiem, czy takie było zamierzenie organizatorek, ale w Na piętrze podczas wernisażu młodsze, choć nie tyle, ale głównie, pokolenie wszystkiego dotykało, macało, wąchać – nie wąchało, lecz niewiele brakowało. Zachwyca ilość kolorów, bo rządziła stylistyka łowicka. Jednak ku radości mojego oka i fascynacji polską różnorodnością pojawiły się motywy nawiązujące do wzorów biłgorajskich i kurpiowskich. Oraz haftów śląskich. Najpopularniejszym materiałem był chyba filc. Kolczyki, podkładki i druga skóra dla laptopa. W pierwszym momencie ilość tego tworzywa budzi przerażeń, w drugim – zachwyt. Oto jak tradycyjny materiał stosowany przez lata wraca do łask. Wspaniale!
(Uwagami na temat samej ceremonii otwarcia antropolożka dzieli się osobiście).
W sobotę Państwowe Muzeum Etnograficzne, które właśnie zainaugurowało działalność swojej nowej strony internetowej (ładna, przejrzysta i czytelna; nie zabija już swoim różowo-fioletowym kolorem; choć jak zwykle łowickie inspiracje dominują), odbyła się impreza „Rekonstrukcja? Inspiracja? - etnomuzykologiczne strategie wobec muzyki tradycyjnej”. Po dyskusji, w której wzięła udział m.in. Jagna Knittel, na której film PME zaprasza w tym tygodniu, odbyły się trzy koncerty. Na pierwszym antropolożka nie była, więc nic nie napisze, poza tym, że przedstawiciele dwóch pokoleń, których zauważyła na korytarzu, byli ubrani w stroje tak zwane tradycyjne. Drugi zespół, Dziczka, to miastowe dziewczyny w chustkach na głowach śpiewające tradycyjne ukraińskie pieśni. Przewodzi im Tatiana Sopiłka, członkini legendarnego zespołu Drewo. Godne uwagi, szczególnie, że właśnie wydały swoją pierwszą płytę. Trzecia grupa to już klasyka – Kapela ze Wsi Warszawa, która od kilku miesięcy nie występowała na stołecznej scenie. Tym bardziej zachwyciła swoim koncertem. A własny akustyk wykorzystał wszystkie możliwości zarówno zespołu, jak i sali – więc nagłośnienie było fantastyczne. Nie da się jednak ukryć, że tym co w Kapeli zachwyca przede wszystkim jest ich innowacyjny stosunek do tradycji. Daleki jest od tzw „cepelii”, z której nawet chyba zaśmiano się raz czy dwa podczas koncertu. Zapewne nikt z tam obecnych nie był na wystawie w galerii Na piętrze i nie wie, jakie pamiątkowe produkty, wkrótce wejdą na rynek (i do sklepów).
Etykiety:
Cepelia,
Kapela ze Wsi Warszawa,
kultura tradycyjna,
nowoczesność,
PME
czwartek, 26 listopada 2009
amerykański indyk
Wczoraj (25 listopada) w przededniu święta Dziękczynienia prezydent Barack Obama oficjalnie ułaskawił indyka. Ptak, w przeciwieństwie do jego miliona braci, nie zostanie upieczony i zjedzony, ale spędzi resztę swojego życia w Disneylandzie.
Rytuał ułaskawiania indyka trwa już prawie 80 lat i co roku odbywa się z wielką pompą. Wybrane ptaki (na wszelki wypadek w uroczystości biorą udział dwa indyki) jadą do Waszyngtonu w towrzystwie działaczy Narodowej Federacji Hodowców Indyków i spędzają z nimi noc w hotelu. Dopiero następnego dnia eskortowane są do Ogrodu Różanego Białego Domu, gdzie prezydent wygłasza okolicznościowe przemówienie i uroczyście ułaskwia indyki.
Jeden z tekstów, który kiedyś czytałam szukał korzeni tego rytuału w symbolicznym podkreśleniu najwyższej roli głowy państwa, jako tego, który panuje nad życiem i śmiercią. (Magnus Fiskesjö "The Thanksgiving Turkey Pardon, The Death of Teddy's Bear, and the Sovereign Exception of Guantánamo")
Ja uważam, że to po prostu potrzeba zagłuszenia wyrzutów sumienia z powodu ponad 45 milionów indyków, które zostaną w tym roku zjedzone. W Polsce już od dłuższego czasu obserwujemy co roku wigilijną akcję "uwolnić karpia". Czy wigilijny karp i amerykański indyk nie są do siebie podobne? Co prawda amerykanie nie zabijają osobiście indyka, co potrafi spotkać nasze pływające w wannach karpie.
Ciekawa jest sprawa imion ułaskawionych indyków. W 2001 roku, dwa miesiące po ataku Al Kaidy, George W. Bush nazwał indyka "Wolność". Słowo to było wtedy odmieniane we wszystkich możliwych przypadkach. Imię tegorocznego ptaka ("Odwaga") w jakiś sposób nazwiązuje, nomen omen, do pierwszego ptaka Busha. Bill Clinton nie sięgał do takich przenośni. Jego ptaki nazywały się Jerry, czy Harry.
W duchu globalizacji czekam, aż prezydent Kaczyński ułaskawi w tym roku karpia i wpuści go do fontanny w Pałacu Prezydenckim.
Rytuał ułaskawiania indyka trwa już prawie 80 lat i co roku odbywa się z wielką pompą. Wybrane ptaki (na wszelki wypadek w uroczystości biorą udział dwa indyki) jadą do Waszyngtonu w towrzystwie działaczy Narodowej Federacji Hodowców Indyków i spędzają z nimi noc w hotelu. Dopiero następnego dnia eskortowane są do Ogrodu Różanego Białego Domu, gdzie prezydent wygłasza okolicznościowe przemówienie i uroczyście ułaskwia indyki.
Jeden z tekstów, który kiedyś czytałam szukał korzeni tego rytuału w symbolicznym podkreśleniu najwyższej roli głowy państwa, jako tego, który panuje nad życiem i śmiercią. (Magnus Fiskesjö "The Thanksgiving Turkey Pardon, The Death of Teddy's Bear, and the Sovereign Exception of Guantánamo")
Ja uważam, że to po prostu potrzeba zagłuszenia wyrzutów sumienia z powodu ponad 45 milionów indyków, które zostaną w tym roku zjedzone. W Polsce już od dłuższego czasu obserwujemy co roku wigilijną akcję "uwolnić karpia". Czy wigilijny karp i amerykański indyk nie są do siebie podobne? Co prawda amerykanie nie zabijają osobiście indyka, co potrafi spotkać nasze pływające w wannach karpie.
Ciekawa jest sprawa imion ułaskawionych indyków. W 2001 roku, dwa miesiące po ataku Al Kaidy, George W. Bush nazwał indyka "Wolność". Słowo to było wtedy odmieniane we wszystkich możliwych przypadkach. Imię tegorocznego ptaka ("Odwaga") w jakiś sposób nazwiązuje, nomen omen, do pierwszego ptaka Busha. Bill Clinton nie sięgał do takich przenośni. Jego ptaki nazywały się Jerry, czy Harry.
W duchu globalizacji czekam, aż prezydent Kaczyński ułaskawi w tym roku karpia i wpuści go do fontanny w Pałacu Prezydenckim.
czwartek, 19 listopada 2009
Anna (Chana) Perechodnik Nusfeld
W tym miesiącu Komuna Otwock uroczyście kończy swoją działalność. Z tej okazji organizuje ostatnie pokazy przygotowanych przez siebie sztuk. Łączy to z dyskusjami na zadany temat. Ja trafiłam na temat żydowski zagajony przez Kazimierę Szczukę po sztuce „Perechodnik/Bauman”.
Komuna wykorzystała pamiętnik żydowskiego policjanta z Otwocka, Całka Perechodnika, który wsadził do pociągu jadącego do Treblinki swoją żonę i dziecko, a sam przeżył likiwdację otwockiego getta. Tekst spektaklu oparty był także o fragmenty baumanowskiej „Nowoczesności i zagłady”.
To ta sztuka, za którą Komuna dostała nagrodę ministerstwa od kultury i dziedzictwa. Ta sama, w której Komuna pyta, „ Czy łatwo jest zostać skurwysynem?” I prosto odpowiada: „łatwiutko!”. Ta sama, w której biega po scenie i krzyczy. W której tupie i recytuje „porzygał się na widok trupa. Dobry urzędnik. Wrażliwy człowiek. Eichman”.
Zaproszona do rozmowy Szczuka mówiła o czasie, który obecnie nastał – czasie odpowiednim do dyskusji i pracy nad tematem holokaustu. To trzeci taki moment w historii – pierwszy nastąpił tuż po wojnie, kiedy ci, którzy byli ofiarami, rozliczali tych, którzy byli katami. Drugi w latach 80-tych, kiedy dzieci ofiar próbowały pokonać ojcowską i matczyną traumę i żyć dalej, żyć przyszłością. Jednak przez film „Shoah” Lanzmanna nie mogły zapomnieć. I dziś, gdy wnuki porównują swój strach do strachu swoich nie-dziadków – ofiar. Bo strach, według wolnej interpretacji, którą wysnuwam po spotkaniu, jest uczuciem uniwersalnym. Tak samo bali się Żydzi pędzeni do wagonów, jak boi się chłopak napadnięty w ciemnej ulicy. Wokół takiej koncepcji krążyły myśli i słowa Komuny, w szczególności Grzegorz Laszuk. I jeszcze wokół roli, jaką odgrywa otwockie pochodzenie jednej z członkiń grupy. Mówiła, jak ważne była dla niej praca z historią jej miasta.
A Kazimiera Szczuka? Ona poświęciła się raczej kulturze post-traumy i holokaustowej ikonografii. Bo „sztuka powojenna pozostaje pod wpływem wyobraźni Holokaustu” (Janion 2009, 279). Mówiła o dobrych Niemcach – jak Oskar Schindler, o happy-endach historii Sprawiedliwych, i o tym, że wszyscy Polacy ratowali Żydów. I o niebie otwierającym się na Korczaka z jego dziećmi. I tłumaczyła nawiązując do słów prof. Janion, że <<”Neutralizowanie Holokaustu” polega na wpisywaniu go w uniwersalizujące systemy, które usiłują nadać sens popełnionym wtedy zbrodniom i włączyć Zagładę w jakiś obraz świata, w którym zwycięża w końcu wizja moralnych cnót, ludzkiej wspólnoty i miłosierdzia (...)A my wiemy, że nie było sielanki ani zwycięstwa, (…) ani nawet katharsis”>>. W tym wszystkim gdzieś znajdowała miejsce dla Komuny Otwock. Mówiła o Figuren – niemieckim słowie oznaczającym lalkę, kukiełkę, a przez hitlerowców stosowaną na określenie ciał żydowskich ofiar. Trochę się jednak zafiksowała na tej prezentacji i nazewnictwie. Niestety.
Nie dodała nic na temat słów prof. Janion, że „Perechodnik obalał niewidzialność, przezroczystość, niesubstacjalność Figuren. Przywracał imię” (Janion 2009, 278). Przywracał szczególnie w tych momentach, gdy żoną swoją przepraszał za stosunek seksualny z obca Żydówką za łóżkiem w jakimś mieszkaniu w warszawskim getcie, gdzie ukrywał się w 1943 roku po opuszczeniu Otwocka. „Przepraszam Cię, Anko!” - mówiła Komuna Otwock i przywoływała to imię. ANKA! ANKA! ANKA! Bo tak miała na imię żona, którą Perechodnik odprowadził na plac, z którego odjeżdżały pociągi jadące do Treblinki. O której nikt nigdy inaczej nie mówił, jak o żonie, którą Perechodnik wsadził do pociągu. ANNA PERECHODNIK z domu NUSFELD tak się nazywała.
Komuna wykorzystała pamiętnik żydowskiego policjanta z Otwocka, Całka Perechodnika, który wsadził do pociągu jadącego do Treblinki swoją żonę i dziecko, a sam przeżył likiwdację otwockiego getta. Tekst spektaklu oparty był także o fragmenty baumanowskiej „Nowoczesności i zagłady”.
To ta sztuka, za którą Komuna dostała nagrodę ministerstwa od kultury i dziedzictwa. Ta sama, w której Komuna pyta, „ Czy łatwo jest zostać skurwysynem?” I prosto odpowiada: „łatwiutko!”. Ta sama, w której biega po scenie i krzyczy. W której tupie i recytuje „porzygał się na widok trupa. Dobry urzędnik. Wrażliwy człowiek. Eichman”.
Zaproszona do rozmowy Szczuka mówiła o czasie, który obecnie nastał – czasie odpowiednim do dyskusji i pracy nad tematem holokaustu. To trzeci taki moment w historii – pierwszy nastąpił tuż po wojnie, kiedy ci, którzy byli ofiarami, rozliczali tych, którzy byli katami. Drugi w latach 80-tych, kiedy dzieci ofiar próbowały pokonać ojcowską i matczyną traumę i żyć dalej, żyć przyszłością. Jednak przez film „Shoah” Lanzmanna nie mogły zapomnieć. I dziś, gdy wnuki porównują swój strach do strachu swoich nie-dziadków – ofiar. Bo strach, według wolnej interpretacji, którą wysnuwam po spotkaniu, jest uczuciem uniwersalnym. Tak samo bali się Żydzi pędzeni do wagonów, jak boi się chłopak napadnięty w ciemnej ulicy. Wokół takiej koncepcji krążyły myśli i słowa Komuny, w szczególności Grzegorz Laszuk. I jeszcze wokół roli, jaką odgrywa otwockie pochodzenie jednej z członkiń grupy. Mówiła, jak ważne była dla niej praca z historią jej miasta.
A Kazimiera Szczuka? Ona poświęciła się raczej kulturze post-traumy i holokaustowej ikonografii. Bo „sztuka powojenna pozostaje pod wpływem wyobraźni Holokaustu” (Janion 2009, 279). Mówiła o dobrych Niemcach – jak Oskar Schindler, o happy-endach historii Sprawiedliwych, i o tym, że wszyscy Polacy ratowali Żydów. I o niebie otwierającym się na Korczaka z jego dziećmi. I tłumaczyła nawiązując do słów prof. Janion, że <<”Neutralizowanie Holokaustu” polega na wpisywaniu go w uniwersalizujące systemy, które usiłują nadać sens popełnionym wtedy zbrodniom i włączyć Zagładę w jakiś obraz świata, w którym zwycięża w końcu wizja moralnych cnót, ludzkiej wspólnoty i miłosierdzia (...)A my wiemy, że nie było sielanki ani zwycięstwa, (…) ani nawet katharsis”>>. W tym wszystkim gdzieś znajdowała miejsce dla Komuny Otwock. Mówiła o Figuren – niemieckim słowie oznaczającym lalkę, kukiełkę, a przez hitlerowców stosowaną na określenie ciał żydowskich ofiar. Trochę się jednak zafiksowała na tej prezentacji i nazewnictwie. Niestety.
Nie dodała nic na temat słów prof. Janion, że „Perechodnik obalał niewidzialność, przezroczystość, niesubstacjalność Figuren. Przywracał imię” (Janion 2009, 278). Przywracał szczególnie w tych momentach, gdy żoną swoją przepraszał za stosunek seksualny z obca Żydówką za łóżkiem w jakimś mieszkaniu w warszawskim getcie, gdzie ukrywał się w 1943 roku po opuszczeniu Otwocka. „Przepraszam Cię, Anko!” - mówiła Komuna Otwock i przywoływała to imię. ANKA! ANKA! ANKA! Bo tak miała na imię żona, którą Perechodnik odprowadził na plac, z którego odjeżdżały pociągi jadące do Treblinki. O której nikt nigdy inaczej nie mówił, jak o żonie, którą Perechodnik wsadził do pociągu. ANNA PERECHODNIK z domu NUSFELD tak się nazywała.
środa, 11 listopada 2009
rytuały
Wódz i najważniejsi wojownicy ustawiają się w wielkim kręgu przed kamiennym postumentem symbolizującym duchy przodków. Wszyscy ubrani w ceremonialne stroje przygotowywali się od tygodni do tego dnia.
Tylko wojownicy mogą uczestniczyć w rytuale, a wszyscy pozostali są jedynie świadkami corocznych obchodów święta. Stoją za wojownikami odgrodzeni od nich symbolicznym ogrodzeniem. Przestrzeń została podzielona, chociaż nawet w inne dni teren wokół postumentu naznaczona jest silnym tabu. Pali się tu święty ogień, którego pilnują wyznaczeni wojownicy w ceremonialnych strojach. Tego dnia wartę przy postumencie i świętym ogniu pełnić będą przedstawiciele wszystkich tajnych bractw z grupy wojowników.
Uroczytości przewodniczy jeden ze starszych wojowników, który jest odpowiedzialny za przebieg zdarzeń. Pilnuje, aby wszystko odbyło się w odpowiedniej kolejnosci. Aby odtworzyć coroczny cykl. Aby świat istniał dalej.
Najpierw wzywane są duchy przodków. Gromkim okrzykiem prosi się ich o przybycie i stanięcie przed żywymi. Mają być oni razem z żywimi świadkami święta. Prezentowana jest broń, wódz przemawia, słychać salwy. Następnie składane są ofiary na postumencie. Tradycyjnie są to kwiaty uformowane w wieńce. Miarowym krokiem wódz podchodzi do postumentu. Bębny dudnią.
Napięcie sięga zenitu.
Żywi i martwi są świadkami ofiary.
To nie koniec wydarzeń tego dnia. Jak co roku odbywają się pokazy sprawności fizycznej. Odbywa się Wielki Bieg. Ale tego dnia nie ważny jest wynik. Każdy zostanie nagrodzony.
A całe miasto przystrojone jest w specjalne barwy, żeby wszyscy poczuli, że ten dzień jest inny.
Warszawa, 11 listopada. Święto Niepodległosci.
Tylko wojownicy mogą uczestniczyć w rytuale, a wszyscy pozostali są jedynie świadkami corocznych obchodów święta. Stoją za wojownikami odgrodzeni od nich symbolicznym ogrodzeniem. Przestrzeń została podzielona, chociaż nawet w inne dni teren wokół postumentu naznaczona jest silnym tabu. Pali się tu święty ogień, którego pilnują wyznaczeni wojownicy w ceremonialnych strojach. Tego dnia wartę przy postumencie i świętym ogniu pełnić będą przedstawiciele wszystkich tajnych bractw z grupy wojowników.
Uroczytości przewodniczy jeden ze starszych wojowników, który jest odpowiedzialny za przebieg zdarzeń. Pilnuje, aby wszystko odbyło się w odpowiedniej kolejnosci. Aby odtworzyć coroczny cykl. Aby świat istniał dalej.
Najpierw wzywane są duchy przodków. Gromkim okrzykiem prosi się ich o przybycie i stanięcie przed żywymi. Mają być oni razem z żywimi świadkami święta. Prezentowana jest broń, wódz przemawia, słychać salwy. Następnie składane są ofiary na postumencie. Tradycyjnie są to kwiaty uformowane w wieńce. Miarowym krokiem wódz podchodzi do postumentu. Bębny dudnią.
Napięcie sięga zenitu.
Żywi i martwi są świadkami ofiary.
To nie koniec wydarzeń tego dnia. Jak co roku odbywają się pokazy sprawności fizycznej. Odbywa się Wielki Bieg. Ale tego dnia nie ważny jest wynik. Każdy zostanie nagrodzony.
A całe miasto przystrojone jest w specjalne barwy, żeby wszyscy poczuli, że ten dzień jest inny.
Warszawa, 11 listopada. Święto Niepodległosci.
poniedziałek, 5 października 2009
koniec pw
Na szczęście skończyliśmy już świętować 65 rocznicę powstania warszawskiego. W związku z tym skończył się ten cały cyrk, a skansen bojowy został zamknięty.
W ostatnią sobotę antropolożka miała przyjemność, jakiej dawno nie zaznała. Zdarzyło się bowiem, że w godzinach popołudniowych siedziała przed telewizorem. Przyjemność jednak na tym się skończyła. Z telewizora padły wielkie słowa o Polakach –wariatach, którzy zawsze razem rzucą się w ten „gloria victis” bój. Przykładem jednego z romantycznych bohaterów, któremu kontakt z Absolutem na Mont Blanc dał oczyszczenie i odrodzenie. Jak islamiści, którzy na śmierć idą z uśmiechem. Tak według Pawła Passiniego wyglądało powstanie.
„Wojna to wojna - spróbujemy ją wam przybliżyć” powiedział młody prowadzący tytułowany przed nazwiskiem, którego antropolożka nie pamięta, skrótem DR. I zaraz dodał „teraz jesteście powstańcami”. Zaprosił sześcioro trzydziestolatków do paintball’a. A potem jeszcze na krótki spacer kanałami. Byli wstrząśnięci: „tam śmierdzi i rzygać się chce”. Ale przynajmniej już wiedzą, jak strasznie było w czasie tej wojny. Ciekawe dlaczego nie pokazali symulacji gwałtu, o której pisała w swojej sztuce poświęconej właśnie PW, Sylwia Chutnik. Lepiej mówić, że „to młode wariactwo, eksplozja młodości, brak odpowiedzialności”. Swoisty karnawał?
Kilka znanych osób, powiedziało kilka słów o tym wielkim wydarzeniu w wielkiej historii nas, Polaków. Jan Klata powiedział: „obsesja historii:. Tomasz Bagiński dodał: „dobrze mieć własne zdanie na ten temat”. Aga Zaryan powiedziała, że „ludzie wtedy nie tylko walczyli, ale tez żyli”. A przeciętna trzydziestolatka spuentowała, że dziś już nie ma pojęcia honoru, a dla tych młodych ludzi najważniejsze były: „Bóg, honor i ojczyzna”.
Antropolożce przypomina się w takiej chwili historia pewnej szesnastolatki, która w powstaniu czynnie uczestniczyła. Gdy pod niemieckim ostrzałem wyczołgiwała
się z ziemniaczanego pola, na które wybrała się wiedziona głodem, dziewczyna wpadła w szał. Krzyczała i płakała. Nie chciała ginąć. Oj, nie chciała bardzo… nigdy wcześniej bowiem, nie była z mężczyzną. Nie wiedziała, jak to jest. A zginąć i nie wiedzieć…
To jest ofiara.
W ostatnią sobotę antropolożka miała przyjemność, jakiej dawno nie zaznała. Zdarzyło się bowiem, że w godzinach popołudniowych siedziała przed telewizorem. Przyjemność jednak na tym się skończyła. Z telewizora padły wielkie słowa o Polakach –wariatach, którzy zawsze razem rzucą się w ten „gloria victis” bój. Przykładem jednego z romantycznych bohaterów, któremu kontakt z Absolutem na Mont Blanc dał oczyszczenie i odrodzenie. Jak islamiści, którzy na śmierć idą z uśmiechem. Tak według Pawła Passiniego wyglądało powstanie.
„Wojna to wojna - spróbujemy ją wam przybliżyć” powiedział młody prowadzący tytułowany przed nazwiskiem, którego antropolożka nie pamięta, skrótem DR. I zaraz dodał „teraz jesteście powstańcami”. Zaprosił sześcioro trzydziestolatków do paintball’a. A potem jeszcze na krótki spacer kanałami. Byli wstrząśnięci: „tam śmierdzi i rzygać się chce”. Ale przynajmniej już wiedzą, jak strasznie było w czasie tej wojny. Ciekawe dlaczego nie pokazali symulacji gwałtu, o której pisała w swojej sztuce poświęconej właśnie PW, Sylwia Chutnik. Lepiej mówić, że „to młode wariactwo, eksplozja młodości, brak odpowiedzialności”. Swoisty karnawał?
Kilka znanych osób, powiedziało kilka słów o tym wielkim wydarzeniu w wielkiej historii nas, Polaków. Jan Klata powiedział: „obsesja historii:. Tomasz Bagiński dodał: „dobrze mieć własne zdanie na ten temat”. Aga Zaryan powiedziała, że „ludzie wtedy nie tylko walczyli, ale tez żyli”. A przeciętna trzydziestolatka spuentowała, że dziś już nie ma pojęcia honoru, a dla tych młodych ludzi najważniejsze były: „Bóg, honor i ojczyzna”.
Antropolożce przypomina się w takiej chwili historia pewnej szesnastolatki, która w powstaniu czynnie uczestniczyła. Gdy pod niemieckim ostrzałem wyczołgiwała
się z ziemniaczanego pola, na które wybrała się wiedziona głodem, dziewczyna wpadła w szał. Krzyczała i płakała. Nie chciała ginąć. Oj, nie chciała bardzo… nigdy wcześniej bowiem, nie była z mężczyzną. Nie wiedziała, jak to jest. A zginąć i nie wiedzieć…
To jest ofiara.
piątek, 4 września 2009
tabliczki, parki i cmentarze
Londyn. 20 milionów mieszkańców. Taksówki, doubledecki, rowery. City, jedno z największych centrów finansowych Świata. Ruch, życie i tłok.
A w tym wszystkim parki: rozległe i słoneczne. Są tu boiska, są stawy, są ogrody kwiatowe. Można godzinami spacerować po największych parkach i nawet nie zauważyć, że jest się w środku megalopolis. A do tego malutkie skwerki na placach - te publiczne i te dostępne tylko dla uprzywilejowanych mieszkańców danej okolicy, czy budynku. Elitaryzm? Egalitaryzm?
St. James Church Park to park urządzony na dawnym cmentarzu. W krzakach obok placu zabaw dla dzieci przebłyskują zatarte napisy na pomnikach. Tuż obok klomb zarasta grupkę leżących płyt. Śmiech dzieci na huśtawce i zaduma nad przemijaniem. Życie i śmierć pozostaje w równowadze.
Równowaga.
A do tego pamięć. W każdym parku, na skwerkach, placach i zieleńcach, nawet w zoo: na ławeczkach tabliczki: epitafia, napisy. Pamięci tej... W imieniu tego... Ku wiecznej pamięci...
Nalezy zostawić po sobie ślad.
A w tym wszystkim parki: rozległe i słoneczne. Są tu boiska, są stawy, są ogrody kwiatowe. Można godzinami spacerować po największych parkach i nawet nie zauważyć, że jest się w środku megalopolis. A do tego malutkie skwerki na placach - te publiczne i te dostępne tylko dla uprzywilejowanych mieszkańców danej okolicy, czy budynku. Elitaryzm? Egalitaryzm?
St. James Church Park to park urządzony na dawnym cmentarzu. W krzakach obok placu zabaw dla dzieci przebłyskują zatarte napisy na pomnikach. Tuż obok klomb zarasta grupkę leżących płyt. Śmiech dzieci na huśtawce i zaduma nad przemijaniem. Życie i śmierć pozostaje w równowadze.
Równowaga.
A do tego pamięć. W każdym parku, na skwerkach, placach i zieleńcach, nawet w zoo: na ławeczkach tabliczki: epitafia, napisy. Pamięci tej... W imieniu tego... Ku wiecznej pamięci...
Nalezy zostawić po sobie ślad.
sobota, 15 sierpnia 2009
Chernivtsi Memory
Najprzyjemniejszy jest ten moment, kiedy czujesz lekkie napięcie całego ciała. I wiesz, że zaraz zadadzą to pytanie: „Chto wy?”. Bo nie wiedzą „kto my”. Z aparatem w ręku burzymy ich codzienny porządek. Jak siedzą w samochodzie czekając przed swoim domem na kogoś z rodziny. Jak na krzesełkach wsparte laskami podglądają codzienność swojej ulicy. Jak z zakupami zapakowanymi w plastikowe siatki wysiadają z taksówki albo trolejbusa. I nagle, z zakrętu pojawiamy się my. Fotografujemy to, co fotografowali już inni. Interesujemy się tym, co interesowało ludzi już wcześniej. Udają, że nie wiedzą, dlaczego fotografujemy ten budynek. Ten i 59 innych jemu podobnych. Bo w mieście, tym, gdzie chodniki zamiatano pękami róż, 60 synagog miało swoje miejsce. Więc widzimy te synagogi wszędzie. Każde półokrągłe okna wydają nam się oknami babińca. Czasem coś mówi nam jeszcze głośniej, że tutaj była synagoga. Wtedy udajemy, że tylko spacerujemy, że ciekawi nas tylko architektura. „U nas, w Kongresówce takiej nie ma. Warszawę zburzyli w <>. I dlatego nas tak ciekawi. Tak chodzimy i oglądamy”. „A co było tutaj wcześniej? Nie wiecie? Szkoda...”. „Skąd jesteśmy? Z Polszy, z Polszy”. I paszport dajemy na dowód tego, że przyjechałyśmy z Szengen, a nie z Izraela. I nawet nie słyszymy, że mają Polaków w rodzinie. Cieszą się tylko, że miasto nam się tak podoba.
www.chernivtsimemory.net
www.chernivtsimemory.net
Subskrybuj:
Posty (Atom)
