1 listopada 1918 r, czyli 96 lat temu we Lwowie proklamowane zostało powstanie państwa ukraińskiego.
Fakt bardzo trudny dla Polaków. Okupiony krwią lwowskich nastolatków, którzy ginęli w walce o miasto. Zmitologizowany i zapisany w historii Polski jako jeden z filarów walki o niepodległość ojczyzny.
Patriotycznie przeżywając walki Orląt zapominamy o drugiej stronie. Zabieramy jej prawo do stanowienia własnego państwa. Zapominamy, że Ukraińcy też chcieli mieć własne państwo. Że mieli też do niego prawo. Ba, nawet byli szybsi. Swoją niepodległość proklamowali 1 listopada. Polacy 11 dni później. Nie wspominając o tym, że w Kijowie w tym czasie państwowość ukraińska istniała już od kilku - kilkunastu miesięcy.
Tak, mamy prawo mitologizować Orlęta. Mamy prawo i obowiązek. Oni ginęli za swoją Ojczyznę. Ale nie mamy prawa twierdzić, że Ukraińcy nie mieli również prawa do samostanowienia. Że państwo ukraińskie to właściwie przypadek historii. A takie teksty potrafiłam usłyszeć w kontekście ostatnich wydarzeń na Ukrainie. Że Ukraińcy to właściwie nie naród.
Jakim narodem w takim razie my jesteśmy? „Oddając cześć Orlętom szanujemy heroizm własnych bohaterów” – napisał parę lat temu jeden z lwowskich publicystów. Dlatego dzisiaj pamiętajmy o tych co zginęli broniąc Ojczyzny, zarówno o Orlętach, jak i młodych Strzelcach Siczowych. Oni też ginęli za Ojczyznę. Tak jak i dzisiaj ich potomkowie giną na wschodzie kraju.
Nie zdepce waszych kurhanów Niepamięć, nie zrówna ich z ziemią, Bo wie, że w ich chłodnych komnatach Bohaterowie drzemią
(Jan Kasprowicz "Kochanym Obrońcom Lwowa" 1919)
W kontekście otwarcia nowego muzeum - Muzeum Historii Żydów Polskich,
antropolożka postanowiła przyjrzeć się tej wielowiekowej warszawskiej
koegzystencji. Za Janem Stanisławm Bystroniem, klasykiem polskiej
etnografii i autorem książki "Warszawa" (Warszawa, wydanie II, 1977),
antropolożka donosi więc o sytuacji Żydów w Warszawie na przestrzeni
dziejów:
Za Stanisława Augusta "wedle dawnych przywilejów nie wolno było mieszkać Żydom w Warszawie i miasto starało się o niedpuszczanie ludności żydowskiej, ale właściciele jurydyk, dla których ruchliwy i pracowity żywioł żydowski wydawał się pożądany, osiedlali ich w swoich jurydykach lub też tworzyli dla nich pod miastem specjalne osady, jak na przykład Nowa Jerozolima (skąd nazwa alej Jerozolimskich do dziś dnia pozostała" (s. 114-115).
W 1766 Marszałek Mniszech wydaje rozporządzenie nakazujące eksmisję Żydów z Warszawy i okolicy, osiem lat później ponawia je, a Nowa Jerozolima zostaje zburzona.
Gdy Żydzi przenoszą się do Raszyna, na skutek czego zaczyna on być konkurencją handlową dla stolicy, jej władze wydają zgodę na osiedlanie się kupców żydowskich na Marywilu (czyli w rejonie dzisiejszych ulic Senatorskiej i Wierzbowej) i Pociejowie (obok Marywilu, tereny dzisiejszego Teatru Narodowego).
Od 1784 roku aby Żydzi mogli przebywać w Warszawie, "każdorazowo musiał uzyskać pozwolenie na pobyt nie dłuższy niż dwa tygodnie, za opłatą 15 groszy" (s.115). Były to tzw. bilety żydowskie.
W końcu XVIII wieku było więc Żydów w Warszawie coraz więcej. Nie tylko tych legalnych, m.in przebywających na biletach (tych dwutygodniowych, a także rocznych, choć wydawanych niezwykle rzadko) czy podczas sejmów, jak i nielegalnie. Od 1792 roku Wg. spisu ludności z 1792 roku w Warszawie mieszka ich ponad 6,5 tysiąca, co stanowi 8,3% ogółu mieszkańców, najwięcej na Pradze, gdzie nie było ograniczeń dla osadnictwa. (s.115).
W 1794 roku ponowiony został przepis o biletach żydowskich, a ci którzy owych nie nabędą, otrzymają karę grzywny.
W 1795 roku, gdy Warszawa weszła w ręce Rosjan, wydano zgodę na osiedlenie się tych kupców, którzy osiedlili się tu przed wkroczeniem wojsk. Pozostali musieli miasto opuścić. (s.151).
W kontekście otwarcia nowego muzeum - Muzeum Historii Żydów Polskich, antropolożka postanowiła przyjrzeć się tej wielowiekowej warszawskiej koegzystencji. Za Janem Stanisławm Bystroniem, klasykiem polskiej etnografii i autorem książki "Warszawa" (Warszawa, wydanie II, 1977), antropolożka donosi więc o sytuacji Żydów w Warszawie na przestrzeni dziejów:
Żydzi w Warszawie pojawiają się
prawdopodobnie w końcu XIV wieku. Mieszkają w obrębie murów
miejskich (m.in. na ulicy Żydowskiej) oraz na przedmieściach.
Zajmują się handlem i lichwą, a także leczeniem. Mają synagogę
i cmentarz.
„W latach 1454-1455 mamy głuche
wieści o pogromie powstałym pod wpływem akcji św. Jana
Kapistrana”. (s.24)
„W 1483 książę Bolesław nadaje
mieszczanom warszawskim przywilej wykluczający obcych kupców od
możności prowadzenia handlu detalicznego poza obszarami głównych
jarmarków” (s.25)
W 1527 Zygmunt Stary potwierdza
przywilej „de non toleranids Judaeis”, na mocy którego zabrania Żydom mieszkać w Starej i Nowej Warszawie, a także na
przedmieściach, a także posiadać tam domy, mieszkania i
nieruchomości.
Ulica Żydowska zostaje zabudowana, a
w miejscu kirkuty w 1531 roku powstaje piekarnia. (s.30-31)
Zygmunt August potwierdza to w 1570
roku i zakazuje Żydom mieszkać w promieniu dwóch mil od miasta.
Wiek siedemnasty – „miasto nadal
teoretycznie nie dopuszcza ani dysydentów, ani Żydów, chociaż jak
zawsze, są od tej reguły wyjątki. Tak więc Żydzi mogą bywać w
stolicy w czasie sejmów (…). Oczywiście do Żydów utrzymują się
dawne zakazy. Nie wolno więc ludności żydowskiej mieszkać na
stałe w mieście, dopuszcza się Żydów jedynie w czasie walnych
sejmów, i to za opłatą (takie „sejmowe”) (…) Ale nie znaczy
to, jakoby Żydów poza okresami sejmów w ogóle w mieście nie
było; mieszkali oni tu poza wiedzą władz lub też za cichą ich
zgodą; było ich zwłaszcza dużo w jurydykach*, gdzie władze były
daleko bardziej pobłażliwe, a Żydzi byli potrzebni czy to jako
pośrednicy, czy rzemieślnicy” (s. 68-69).
Ciąg dalszy nastąpi...
* jurydyka - za wikipedią: (łac. iuridicus = prawny) – osada obok miasta królewskiego, rzadziej enklawa na gruntach miejskich, niepodlegająca władzom miejskim i miejskiemu sądownictwu.
Połowa czerwca 2014 to czas, gdy
ulicami Warszawy przechodzi Parada Równości, w knajpach króluje
kolektywnie oglądany mundial, a do tramwajów pod stadionem nie
można wsiąść, bo zapchali je uczestnicy festiwalu muzycznego
organizowanego przez pewną telefonię komórkową. Wszystko składa
się na piękną całość radosnego, świętującego miasta, w
którym wszyscy całują się przy radosnyc piosenkach Lily
Allen, która podobno wczoraj śpiewała w naszym mieście.
Niech żyje URBAN FESTIWAL!
Ale miejskie festiwale to nie tylko powszechna radość, imprezowanie i wydawanie pieniędzy (czyt. inwestowanie w "przemysł kulturalny" przez "klasę kreatywną"). Mimo że polskie wydarzenia cieszą się jeszcze relatywnie niewielkim zainteresowaniem gości z zagranicy, to coraz częściej możemy zauważyć jak neoliberalne strategie zarządzania miastem wkraczają w sferę kultury. Najlepszym przykładem były działania miasta wokół EURO 2012.
W 1996 roku Patrick Loftman i Brendan Nevin pisali, że jedna ze strategi zarządania miastem koncentruje się właśnie na organizowaniu i współfinansowaniu wraz z prywatnymi partnerami festiwali miejskich, które łączą estetykę, zabawkę i ostentacyjną konsumpcję. Efektem są tysiące turystów odwiedzających miasto. Niezależnie od tego, czy jest to Europride ( w 2007 Madrycie było 2,5 mln. uczestników), Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej, Olimpiada, czy maratony, są to działania, w których doświadczanie miasta jest determinowe przez różne czynniki (w tym: płeć, pochodzenie etniczne, status majątkowy, czy orientację seksualną). Ciekawie opisuje strategie włączania i wykluczania pewnych grup Gordon Waitt. Jeszcze kilka lat temu sprawczość (agency - w ostatnich latach ulubione pojęcie antropologów) mieszkańców i mieszkanek miast (i nie tylko) w zakresie inwestowania w miejskie festiwale była zdecydowanie mniejsza. Ale ostatie działania pokazują, że coś w tej kwestii się ruszyło. Wystarczy spojrzeć nie tylko na sukces akcji grupy "Kraków przeciw igrzyskom" (na Facebooku mają ponad 23 000 fanów, a w referendum 69,72 proc. głosujących opowiedziała się przeciw imprezie, ale przede wszystkim na to, co dzieje się obecnie w Brazyli, gdzie odbywa się Mundial (relacja w Wyborczej i komentarz w Dzienniku Opinii). Podobno Brazylia wydała na niego 13 mld dolarów (czyli więcej niż na oba mundiale wydały razem Niemcy i RPA). Kto na tym stracił, a kto zyskał odpowiadają sami Brazyliczycy wychodząc na ulice.
Tak jak w 2010 Chorwaci śpiewali homofobom "Fuck you. Fuck you very, very much. Cause your words don't translate and it's getting quite late, so please don't stay in touch" (i po polsku: "Pieprz się! Pieprz się bardzo serdecznie. Twoje słowa nie mają sensu i robi się już późno, więc proszę, nie pozostawajmy w kontakcie), tak dziś niemal wszyscy śpiewają organizatorom miejskich festiwali i wychodzą po swoje. Niestety, nie zawsze skutecznie.
3 maja 2012 roku o godz. 14: 58 siedząc
w kawiarni Bambi przy budapesztańskiej ulicy Frankel Leó 2-4, która
to kawiarnia niemal rok wcześniej, bo 1 maja 2011 obchodziła swoje
pięćdziesiąte urodziny, popijając wino 200 forintów za
kieliszek, tj. jakieś 3 złote, przeczytałam w polskiej wersji
„Fieldwork in Morocco” Paula Rabonowa zdanie, że „kultura jest
interpretacją”, a „podstawowe dane są już kulturowo
zapośredniczone przez ludzi, których kulturę jako antropolodzy
badamy” (Rabinow 2010, s. 128). Tego samego dnia wieczorem dowiedziałam się, jaka piosenka została polską piosenką Euro 2012.
W kontekście lawiny komentarzy
dotyczących zespołu Jarzębina i ich piosenki „koko euro spoko”,
warto z tej perspektywy przyjrzeć się nie temu jaką wartość
estetyczną reprezentuje ta piosenka, lecz temu, dlaczego i w jakim
kontekście ta piosenka powstała, w jakim jest wykonywana, w jakim
kontekście została przez internautów wybrana i przede wszystkim
jak i dlaczego jest tak komentowana.
Zespół Jarzębina, co w ostatnich
dniach nie raz już zostało napisane, to zespół kobiecy, który w
zdominowanym przez mężczyzn i maskulinizm świecie piłki nożnej,
pokazuje coś co jest po prostu inne. Można by nawet pokusić się o
użycie słowa „Inne” pisanego przez wielkie „I”, bo tu nie
dość, że na arenę wkraczają kobiety, jako te „Inne”, jako
nie-mężczyźni, jako "Obce", to estetyka przez nie reprezentowana także jest
„inna”, jest daleka od tego, co kojarzone jest powszechnie z
estetyką stadionową. [Ja rozumiem ją jako „żłopanie piwska”
i śpiewy rodem z pociągu pełnego jeśli nie kibiców, to chociaż
chłopaków wypuszczonych do rezerwy dzierżących w dłoniach
szaliki, czy to z symboliką narodową, klubową czy też rezerwisty
(która odeszła już do lamusa, gdy Polska zrezygnowała z
zasadniczej służby wojskowej) – i wiem, że jest to jedynie moja
wizja].
To także nieoswojona przez stadion,
ale również przez media estetyka stroju ludowego. I nie jest to
znany powszechnie Łowicz, Kraków czy Zakopane, lecz Biłgoraj,
region z pięknym, prostym, skromnym białym strojem, który wygląda
TAK.
(Warto zaznaczyć, że stroje noszone przez członkinie zespołu
Jarzębina są luźną interpretacją tego stroju).
Inna jest też estetyka białego
śpiewu, który Jarzębina od lat wykonuje, a który od razu
usłyszałam brzmiący gdzieś w tle puszczając sobie pierwszy raz
na youtubie „Koko Euro Spoko”.
Istotny i interesujący jest też wątek
genderowy, o którym Katarzyna Szustow napisała u Lisa. Że to
„bojowe babki”. Warto przeczytać.
O TUTAJ. Tu także wątek owej „Inności”, innej płci, jest
dominujący.
Szokująca dla komentujących może być
też konfrontacja z wiekiem uczestniczek, które dobiegają do
osiemdziesiątki i nie odkrywają zanadto swojego ciała. Co innego w
przypadku Rusłany, która wykonując piosenkę „Wilde
Dances” inspirowaną ludową muzyką ukraińską (i przy okazji
eksponując swoje ciało) podbiła serca głosujących na nią w
Eurowizji. Ukraińskość w warstwie muzycznej, banał i tandeta w
warstwie tekstowej („Może to tylko szaleństwo/ Świat obraca się
dookoła, dookoła, dookoła/ Shee-ree-kee-die, shee-ree-kee-dam-day/
Chcę byś mnie pragnął/ Tańczę w koło w koło wkoło”)
pociągnęła za sobą tłumy w 2006 roku.
Mam nadzieję, że Europejczycy, którzy coraz silniej zwracają się
ku temu co w jakimś stopniu jest tradycyjne, zagłosują na
Buranovskiye
Babushki, i z zainteresowaniem przyjmą naszą „INNOŚĆ”.
Inność, która w tym przypadku nie jest folklorem i ludowością,
lecz swoistą grą przeszłości ze współczesnością eksponującą
lokalny, regionalny charakter Lubelszczyzny świadomie
zinterpretowany przez 8 kobiet, które wpuściły na stadiony, prawie
jak na salony, to, co do tej pory nie miało tam dla siebie miejsca.
Czy fakt, że Warszawa zrezygnowała z podatku za psa, jest dowodem na to, że pies został wykluczony z przestrzeni publicznej jako jej pełnoprawny użytkownik, który miał prawo robić to co chciał/musiał w miejscach, w których chciał?
Jak zwykle przejeżdżałam przez skrzyżowanie. Takie duże, ze światłami. Jechałam prosto, więc teoretycznie nie powinno to być skomplikowane. Po prostu czekam na zielone i jadę. To jednak Polska, więc przejeżdżam ostrożnie. Przynajmniej parę razy w tygodniu na takim skrzyżowaniu ktoś, kto jedzie z na przeciwka i skręca w lewo zajeżdża mi drogę. Przyzwyczaiłam się, więc uważnie oglądam samochody. Nie liczę nawet na kierunkowskazy, bo kto by się w tym kraju nimi przejmował. Ostatnio zahamowałam tuż przed maską. Król szos o kulturze buraka pastewnego opuścił szybę i oprócz rytualnego sklęcia dodał magiczny symbol z użyciem palca wskazującego. Grzecznie powiedziałam, że to przecież jego wina i na wszelki wypadek opuściłam skrzyżowanie. Tym razem było podobnie: wielki i czarny samochód nie zauważył mnie i mojego różowego roweru zwanego Manu. Przyspieszył do skrętu, więc ja tylko stanęłam na pedałach modląc się, żebym nie wyleciała z mojego fixa. Zauważył mnie jednak w ostatniej chwili i z piskiem opon stanął parę centymetrów ode mnie. Zdarza mi się to często, więc tylko odetchnęłam i chciałam pojechać dalej. Ale kierowca otworzył okno i ze skruchą zaczął mnie przepraszać. Poczułam, że odpływam w szoku. Kierowca mówiący „przepraszam”, „moja wina”? Cud nad Wisłą? Antropologiczny nos wywęszył jednak od razu, że coś nie gra, chociaż obcego akcentu nie usłyszałam od razu. Dopiero odjeżdżając kątem oka zobaczyłam obcą rejestrację i literkę L jak Luxemburg. Zrozumiałam wtedy, że to nie cud. To tylko spotkanie z obcym.
Antropolog zadziwia się światem i nie rozstaje się z dyktafonem. Nigdy nie wiadomo, kiedy natkniemy się na interesującego rozmówcę.
A ostatni rok nauczył mnie jeszcze jednego. Antropolog nie rozstaje się ze swoim Kindlem. Nigdy nie wiadomo, kiedy przydadzą się wgrane rozmówki w przedziwnym języku, czy historia kraju odległego o tysiące kilometrów od domu. Wgrywam sobie historie i słowniki. A potem cieszę się widząć błysk porozumienia w oczach babci z doliny odciętej od cywilizacji, gdy powiem jej parę słów w jej języku. Biorę tysiące ksiażek ze sobą i w każdej chwili mogę sprawdzić szczegóły, które umknęły mi wcześniej. Mogę lepiej zrozumieć świat i jego ludzi.
Antropolog na tegorocznych wakacjach poczuła się dziwnie. To nie ona robiła zdjęcia kolorowym autochtonom, to nie ona zadawała tysiące pytań. Robili to oni. Ci obcy, inni i niepokojąco tęczowi. To oni zadawali pytania, wypytywali o rodzinę, o kraj, o zwyczaje. I robili zdjęcia - czasami ukradkiem, czasami bezczelnie (ileż razy antropolog sama to robiła wcześniej!) tworząc kolejne portrety. Czasami prosili o zgodę, wtedy nieśmiało stawali obok i uśmiechali się szczęśliwi do obiektywu. A potem wciskali dzieci do potrzymania, ustawiali kolejkę kuzynów do kolejnego zdjęcia, zagadywali, pytali, uśmiechali. Nigdy nie dotykali sami. Po raz pierwszy w życiu antropolog poczuła ulgę. To nie tylko ona kradnie innym życie i opowieść.
Legia grała wczoraj z Hapoelem TelAviv. Kolejny mecz w fazie grupowej Ligi Europy. Każdy ważniejszy mecz zaczyna się zapierającym dech widowiskiem, czyli oprawą. Są to przeważnie starannie przygotowane "kartoniady" w czasie których tysiące fanów, którzy siedzą na Żylecie z kartoników układają obraz. Do tego olbrzymie flagi i rzadko (niestety!) race. Tym razem było podobnie.
Gdy tylko piłkarze pojawili się na stadionie na całej trybunie północnej pojawił się napis "Jihad Legia", a nad nim obraz oczu.
Nie mogłam być tego wieczoru na Łazienkowskiej i gdy tylko dowiedziałam się o tej oprawie odetchnęłam z ulgą. Bo musiałabym się rozdwoić. Jedna połowa by wyszła oburzona, druga została i oglądała wspaniałe widowisko, jakie w po przerwie pokazała Legia.
Łatwo przykleić kibicom Legii metkę antysemityzmu. Zwłaszcza po czymś takim. Problem w tym, że świat nie jest czarno-biały. Po pierwsze poza tym jednym zdarzeniem, raczej nie było haseł antysemickich w czasie meczu (piszę raczej, bo nie było mnie tam, a atmosferę oceniam na podstawie różnych relacji). A po drugie hasło to (Legia Dżihad) funkcjonuje w zupełnie innym kontekście od dobrych paru lat. Oznacza po prostu oddanie klubowi, lojalności i walkę z innym klubami i w potocznym rozumieniu kibiców Legii tylko to oznacza. "W kulturze islamu dżihad oznacza dokładanie starań i podejmowanie trudów w celu wzmocnienia wiary i islamu" - tak tłumaczy hasło "Dżihad" wikipedia. I własnie w takim kontekście powinno się interpretować to hasło na Legii.
Skandalem jest, że akurat taka oprawa została przygotowana na mecz z drużyną izraelską. Jest to niesmaczne i uważam, że takiej oprawy stanowczo nie powinno być. Bo została zupełnie niezrozumiana. Uważam, że cały szum w okół wczorajszego meczu jest jak zwykle przede wszystkim nieporozumieniem kulturowym, a nie celowym posunięciem antysemickim, jak przedstawiają to niektóre media. Po prostu ktoś nie pomyślał, chciał sprowokować, pokazać się, ale raczej nie chciał obrazić. Szkoda. Tylko media znowu przypną metkę antysemityzmu. Bo nad Wisłą najłatwiej w ten sposób wszystko interpretować. Taka historia.
I jeszcze jedno na koniec - dlaczego nikt nie komentuje tego, że kibice gości mieli flagi z sierpem i młotem?
Antropolog (jak zwykle na badaniach) łażąc po lesie dotarł do jedynego w Polsce stanowiska azalii pontyjskiej. Spóźniłam się o jakiś tydzień, bo większość kwiatów już przekwitła. Przelazłam heroicznie (i chyba bezprawnie) przez ogrodzenie malutkiego rezerwatu, żeby powąchać ostatnie kwiaty. Nie pachniały. Autochtonka, która przydybała antropologa w trakcie tych niecnych poczynań z radością opowiedziała, że zapach azalii działa jak narkotyk, więc lepiej żebym uważała. Grzecznie przytaknęłam i spytałam o tatarów. Autochtonce nic nie było wiadomo o takowych, ani jej mężowi, który pojawił się zza krzaków jeżyny. Tatarów i wodzów tatarskich nie było. Ale azalia pachnie. Oboje wciągnęli donośnie nosem powietrze na potwierdzenie swojego twierdzenia. Ostrożnie powąchałam leśne powietrze, ale nadal nic nie czułam.
Podobno pod Leżajskiem azalię zasadzili w XIII wieku Tatarzy w czasie swojego rajdu na Europę. Mieli oni sadzić krzaki na grobach swoich wodzów. Najbliższe stanowisko azalii znajduje się 250 km na wschód, na Wołyniu ("Sama widzisz! Wszystko łączy nas ze Wschodem, z Kresami" powiedziała przez telefon babcia). Czy wydma na której rosną azalię jest tatarskim kurhanem? Nie wiadomo. Miejscowi nie znają legendy o tatarach i z niedowierzaniem słuchali jej. "Eeee, te krzaki? Zawsze tu rosły" - powiedział spotkany autochton.
1. Ruszyła w końcu nowa strona Pracowni: etnografia.org. Stary adres, nowa forma i treść. Można tam poczytać o starszych projektach Pracowni, ale też są uaktualniane wiadomości o tym co się dzieje, a dzieje się dużo.
2. Dzisiaj i jutro odbędzie się oficjalne otwarcie "Dużego Pokoju" - wspólnej inicjatywy Pracowni, Art61, Rozwoju w Biały Dzień i IWB. Wygraliśmy razem konkurs na lokal na Koszykowej i rozpoczynamy działalność. "Duży Pokój to miejsce na szeroko pojętą kulturę - przestrzeń, w której będą mogły prowadzić i rozwijać swoją działalność organizacje, teatry, artyści, filmowcy, animatorzy, performerzy i inne osoby oraz grupy nieformalne, amatorzy, młodzi twórcy i profesjonaliści. To miejsce otwarte i dostępne dla wszystkich." Więcej informacji na fb i stronie Pracowni.
3. Halo Warszawo - jeden z projektów Pracowni został nominowany w konkursie s3ktor na najlepszą inicjatywę pozarządową w kategorii społeczeństwo obywatelskie. Zapraszamy do głosowania! Oddać na nas głos można tutaj: http://konkursy.um.warszawa.pl/S3KTOR
4. Dobrych newsów z Pracowni jest mnóstwo. Dostaliśmy dofinansowanie na różne projekty - stare i nowe, mamy wspaniały lokal (który niestety teraz trzeba utrzymać), działamy, pracujemy i się dobrze bawimy - więcej informacji na naszej stronie.
Kraina wygasłych wulkanów - tak się reklamują góry i pogórze Kaczawskie. Czytałam trochę o Dolnym Śląsku, ale to co zobaczyłam zaskoczyło mnie zupełnie. Wydawało mi się w mojej ignorancji, że Dolny Śląsk to takie coś w stylu Mazur. Tylko zamiast jezior odkryłam całkiem spore góry, zamiast pałaców zamki średniowieczne, a do tego olbrzymie domy, jeszcze większe stodoły, dawne obory z kamiennymi kolumnami podtrzymującymi sklepienia, krzyże pokutne, kościoły pokoju i oczywiście wulkany. Obcy świat, którego istnienia nawet nie podejrzewałam. "To będą moje Indie tego lata" powiedział WŁ, a ja mu pozazdrościłam i przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, po co szukam wrażeń na końcu świata, skoro tak zadziwia mnie kraj, który znajduje się tuż obok.
Żeby usiąść, młody człowiek w połpancerzu musiał wyjąć miecz zza skórzanego paska. Położył go na kolanach i oparł się o wysoką tarczę. Wpatrywał się w przesuwający za oknem tramwaju krajobraz marcowej Warszawy, co jakiś czas poprawiając miecz leżący na kolanach. Zauważyłam go akurat, gdy w moich słuchawkach zabrzmiały słowa piosenki Lao Che: "W tramwaju jadę na wojnę...".
...i droga Pani, ona bez przerwy choruje, ta Kasia. Zmiany w oskrzelach jej wyszły! Bo ona ciągle siedzi w przeciągu i okno otwiera jeszcze. Kaloryfer podkręca i okno otwiera. To nie dziwne, że ciągle choruje, droga Pani. A poza tym, droga Pani, ona się kąpie!
Nie pamiętamy, kiedy zaczyna się adwent. Rytm roku wyznaczają promocje w centrach handlowych i inauguracja świątecznego oświetlenia na Trakcie Królewskim. Zapominamy o postawieniu żłóbka pod choinką, ale znajdą się tam na pewno prezenty - efekt ogarniającej nas o tej porze roku nerwowej gorączki zakupów. Nienawidzimy kolejek, tłoku, korków. Narzekamy na obowiązek przygotowania świątecznego jedzenia, rytualnego przejedzenia się, dodatkowych centymetrów w pasie. Z przerażeniem myślimy, że czeka nas to za rok. Owszem. Można uciec. 1500 zł za tydzień w Egipcie. Last Minute. Narty w Dolomitach. Oferta specjalna. 399 Euro, cena nie zawiera kolacji świątecznej. Ale rzadko uciekamy. Masochistycznie stoimy w kolejkach, zamykamy się w kuchni. Umawiamy się z rodziną, którą tak rzadko zwykle widzimy. Narzekamy na ciocie i wujków, z którymi musimy spędzić ten czas. Bo to jest ten jedyny czas w roku, kiedy wyłączamy się z naszego życia. Nie liczy się praca i przyjaciele – czyli to co najważniejsze normalnie. Ważne jest cieple światło lampek z choinki, uśmiech siostrzenicy na widok prezentu. Rozmarzone oczy babci, gdy spróbuje barszczu z uszkami. I mimo, że nienawidzimy rodzinnych spotkań, są one ważne. Lubimy je wspominać.Dzięki nim mamy dokąd wracać. I właśnie dlatego co roku pakujemy się w tę imprezę. Jeszcze raz. I jeszcze raz.
Spółdzielnia zrobiła remont kominów i rynien. Wszystko trochę się przeciągnęło, przyszła zima, ale w końcu nadszedł ten dzień, gdy należało "odebrać" pracę od wykonawcy. Ponieważ pan prezes, ani drugi przedstawiciel zarządu nie mogli tego dnia przyjść, sprawa pozostała w zawieszeniu. Nieśmiało zgłosiłam swój akces. W końcu też jestem z zarządzie. Panowie spojrzeli na mnie z powątpiewaniem. "To pani wejdzie na dach?", "Nie boi się pani?", "A może poczekamy z tym?". Chciałam powiedzieć, że bywałam w zimie po górach. Chciałam powiedzieć, że przepaście nad którymi chodziłam bywały dużo większe niż 4 piętra naszego budynku i największa ekspozycja nie robi na mnie wrażenia(poza zachwytem, rzecz jasna). Nie powiedziałam, bo po co? Następnego dnia przyszedł inspektor budowy, który miał razem ze mną odbierać robotę i pierwsze co zrobił to spojrzał na mnie podejrzliwie i zapytał "to pani wejdzie na dach?".
"Mój dziadek też zginął w Auschwitz. Spadł z wierzyczki strażniczej" - dowcip, kóry usłyszała antropolożka piątkowej nocy. Wrócił do niej po kilku latach, gdy zapytana we Wrocławiu o cel swojej tam wizyty, opowiedziała o Sprawiedliwych. "Tych, co Żydom w czasie wojny pomagali". "Nie! Nie! Nie mów o tym, to straszne!" - powiedział pierwszy interlokutor. Drugi dla rozładowania napięcia podzielił się starym dowcipem. Jakby zapomniał, a może wcale nie wiedział, o szmalcownikach, "Strachu" Grossa, Kielcach, AKowcach, którzy w powstaniu warszawskim rozstrzeliwali Żydów. Jakby zapomniał, kto w Jedwabnem tę stodołę podpalił.
Kim jesteśmy? Ja jestem antropologiem, ona antropolożką Ja jestem antropolożką, ona antropologiem. Kłócimy się ciągle, ale gdzieś tam istnieje nasz wspólny świat. Podobno.
What does the ethongrapher do - he writes C. Geertz