niedziela, 5 września 2010

Gdzie jest krzyż?

Antropolożka spędzała lato w mieście, ale głównie pisząc, śląc maile i montując filmy. W wydarzeniach około-krzyżowych nie uczestniczyła. Ma swoje zdanie na ten temat.

Przez ostatni miesiąc, tak jak warszawiacy, zdążyła się już przyzwyczaić się do barierek wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia. Kręcąca się w okolicy straż miejska, policja i jak się domyśla, bo rzadko tam bywa, BORowcy, też nie robi już na niej wrażenia. Czy z Zakąsek coraz rzadziej przechodzi się na drugą stronę ulicy – tego antropolożka nie wie, bo w Zakąskach rzadko bywa.

Bywa jednak na fejsie. I tego fejsa śledzi zaciekle. Tak samo jak śledziła po katastrofie samolotu, tak i teraz, gdy kucharz z ASP zainicjował słynną nocną akcję. Krzyż przed Pałacem Prezydenckim przestał być tylko obiektem debat telewizyjnych (choć antropolożka nie ma co do tego pewności, bo nie ma telewizora). Stał się inspiracją nie tylko kolejnych iwentów na fejsie, ale także dziesiątek grup i fanpejdży, o których dalej.

Jednak to, na co antropolożka chciała zwrócić uwagę, to twórczość wyrosła na bazie wydarzeń związanych z krzyżem, lub krzyżem zainspirowanych.

Powstał filmik- reklama: Mamo, gdzie jest krzyż?

a za nią jej fani na fejsie:

Gdzie jest krzyż? za sałato.

Remiksy hasła „Gdzie jest krzyż?”

Numer 1.

Numer 2.

Jednak największym hitem jest remix GDZIE JESTS KRZYŻ przygotowany przez MR HEK.

To czym on jest i jaką cieszy się popularnością dowiedziałam się z mailingu kolegi Nefila (dzięki!), bo w Efemii w piątek, gdzie antropolożka była, nikt tego nie puścił.

Gdzie jest krzyż?! - Dyskoteka ;) (OMEGA CLUB

gdzie jest krzyz (mr hek remix) gdynia - klub rockz - impreza

O czym to wszystko świadczy?


A oto skrócony wyciąg tego, co wokół krzyża robią ludzie na fejsie.

Zaczyna się od grupy lobbującej CHCEMY KRZYŻA NA FACEBOOKU

A dalej już tylko:

Postaw Swój Krzyż

REKONSTRUKCJA BITWY O KRZYŻ

Powstają kolejne grupy. Klasyczne, które wprost informują, co jest ich celem i pod jaką ideą możemy się podpisać/ co możemy "polubić":

Nie dla krzyża przed Pałacem Prezydenckim

Jestem za przeniesieniem Krzyża spod Pałacu Prezydenckiego

Usunąć krzyż spod Pałacu Prezydenckiego

Są bardziej brutalne:

Krzyż wypierdalaj!

I zabawne:

Jest krzyż jest impreza

W poszukiwaniu ginącego Krzyża!

TAK dla przeniesienia krzyża Kaczyńskiemu do ogródka na Żoliborzu.

Nie mogę spać bo trzymam krzyż

i druga z tej samej serii

Nie mogę spać, bo trzymam krzyż !

Nie wiem o co chodzi w tej, ale zdjęcie wyraźnie sugeruje związek z krzyżem sprzed Pałacu

Polish Swój Krzyż - Polisz jor kszysz

Są także inicjatywy do „polubienia”:

ZBIERZMY SIĘ W GRUPE I USUŃMY KRZYŻ SPOD PAŁACU PREZYDENCKIEGO

Przenieśmy krzyż własnymi rękami do Kościoła Św. Anny

Olej krzyż, zostań ninja

Przesuwajmy codziennie krzyż o 1 metr w lewo

Inicjatywa zburzenia Pałacu Prezydenckiego, gdyż zasłania krzyż.


PS. Akcje afirmatywne skierowane w stronę krzyża:

Akcja Krzyż Dziękujemy

Jeśli ktoś znajdzie więcej, proszę o kontakt.

antropolog na wakacjach

Antropolog na wakacjach wącha i nasłuchuje. Boi się patrzeć w oczy, bo nie chce być posądzona o bycie głupią-turystką-z-zachodu. Zakłada długie spódnice i bluzki z długim rękawem. Jest szczęśliwa, gdy pozwolono jej zostać na nabożeństwie ormiańskim, gdy wszystkich innych turystów wyproszono.

Jerozolima o świcie pachnie cynamonem. W południe miętą. Wieczorem arabską kolacją - w końcu to ramadan.

Jerozolima budzi się przy dźwiękach nawoływania do modlitwy: dzwonami, adhanem wyśpiewywanym z minaretu.

Jeruzalem, jeśli zapomnę o tobie,
niech uschnie moja prawica!
Niech język mi przyschnie do podniebienia,
jeśli nie będę pamiętał o tobie,
jeśli nie postawię Jeruzalem
ponad największą moją radość.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

badania terenowe na polu truskawek

31. 07 sobota
W czasie obrywania gałązek w sadzie dużej Ani strzyknęło coś w prawej ręce. Ustaliłyśmy w czasie przerwy na obiad, że to pewnie nic poważnego. Ręka nie spuchła, bolała tylko w czasie obrywania gałązek. Trochę dla zabawy, trochę na wszelki wypadek obwiązałyśmy prawą rękę bandażem. Ania nie chciała, żeby J. albo M. coś zauważyli, bo jak mówiła, nie chce tracić tych paru Euro, bo M. od razu nie pozwoliłaby jej iść do pracy i jeszcze ciągała by ją po lekarzach. A to przecież nic poważnego. Zresztą jutro niedziela, więc i tak sobie odpocznie.
Po południu J. Zawiózł nas do sadu i oświadczył, że przyjedzie koło 16, bo chce, żebyśmy nazbierały mu jeszcze z 4 – 5 skrzynek truskawek na wieczór. W sadzie śmiałyśmy się z Ani, żeby chowała rękę z bandażem, bo J. ma sokole oko i natychmiast zobaczy, że coś jest nie tak. J. Przyjechał tak jak miał o 16 i natychmiast zobaczył, że Ania chowa rękę za plecami. Bez słowa zawiózł nas na pole truskawek. Zbierałyśmy w szampańskich nastrojach, bo przed nami był sobotni wieczór i byłyśmy rozochocone żartami z Ani i jej ręki. J przyjechał jak zwykle, mając idealne wyczucie, dokłądnie wtedy gdy pakowałyśmy szalki już w 6 skrzynkę. Truskawka była marna. Z mojej ostatniej rajki zebrałam raptem ¾ szalki normalnej i pół niebieskiej szlechty, czyli małych owoców.
J. popatrzył na rajki, na truskawkę, a na końcu na rękę Ani. Westchnął i zwrócił się do mnie: "Ja nie rozumiem dlaczego zachowujecie się jak dzieci. Rękę chowacie za plecy! Trzeba być poważnym! Jak ręka boli to trzeba zrobić przerwę, nasmarować kremem, może pójść do lekarza, a może po prostu odpocząć. A wy jak dzieci! Rękę chowacie! Zachowujcie się jak dorośli! Ile w w końcu macie lat! 20 – 30! a wy jak dzieci. Tak nie można...
- Ale... chciałam wtrącić i powiedzieć, że to tylko nadwyrężenie, że to nic poważnego, że ten bandaż to dla zabawy... - ale...
- I ty! - teraz bauer był chyba wściekły – Bo popatrzył na mnie swoim sowim spojrzeniem i wyciągnął palce w moją stronę – ty powinnaś rozumieć, ty powinnaś być odpowiedzialna, w końcu ty znasz niemiecki! Rozumiesz?!
- Das stimmt – powiedziałam starając się nie roześmiać. Bauer był niskim człowiekiem, z ciemnymi głęboko osadzonym oczyma i wielkim nosem. W złości, albo radości robił zawsze komiczne miny. A ja czułam się tak nierealnie, że byłam gotowa wybuchnąć śmiechem.

czwartek, 15 lipca 2010

badania terenowe na niemieckim polu truskawek

Powoli przechodzę do fazy drugiej badań, czyli obserwacji uczestniczącej moich migrantów sezonowych in situ. Przez 2 najbliższe miesiące będę zbierała truskawki (o ile jeszcze jakieś zostały), pracowała w sadzie i podstępnie obserwowała ludzi dookoła.
Jadę autobusem, chociaż samolotem byłoby wygodniej i szybciej. I dwa razy drożej, co mi osobiście by nie przeszkadzało, ale jakoś mam podejrzenia, że migrantowi owszem. Trudno. W końcu mam się nie wyróżniać za bardzo.
Dlatego też zaopatrzyłam się w czerwone kalosze, plastikowe sandały w kolorze różowym, kapelusz kolorowy (a może chustka by wystarczyła? czy ukraińska chustka w kwiaty nie zostanie uznana za zbyt przaśną?).
Przede mną zakupy sztormiaka, ochraniaczy na kolana i najważniejszego: puszek i konserw. Gołąbki? Pulpety? Podobno pracownicy sezonowi namiętnie jadają takie dania gotowe, więc i ja kupię z jeden słoik. Fuj. Od wieków tego nie jadłam i wolałabym zostać przy swojskich zupkach chińskich.
Do tego zabieram całą torbę środków przeciwbólowych, maści i bandaży i już robi mi się słabo na myśl o stanie mojego kręgosłupa po tych fantastycznych wakacjach.
Trzymajcie za mnie kciuki!

niedziela, 27 czerwca 2010

przerwa w badaniach i facebook

Chwilowo przerwałam badania terenowe i wróciłam do Warszawy. Na krótko. Zaraz jadę na południe, żeby nabrać sił przed drugą częścią moich badań - ukrytą obserwacją uczestniczącą na polu truskawek. Opowiadałam ostatnio dalszej rodzinie czym się zajmuję. Rezolutna dziesięciolatka tłumaczyła potem: antropolog to ktoś, kto bada truskawki w barakach. "Jak dobrze być poziomką, dojrzewać całe dnie".

A teraz z innej beczki.
Już nie pisze się maili, tylko wysyła wiadomości na facebooku. Imprezy, spotkania a nawet wyjście na kawę organizujemy przez "wydarzenia". Komentujemy zdjęcia, składamy życzenia, zapalamy świeczki. Wszystko wirtualnie i na szczęście coraz częściej już nie w domu, ale i na komórce w autobusie, w górach. Wszystko na wszechobecnym fb.

Facebook (face bóg jak by chcieli niektórzy) towarzyszy nam każdego dnia. Wiemy co się dzieje, co będzie się działo, ale na facebooku nie ma historii. Nie sprawdzimy jak opis miał nasz znajomy rok temu, nie przypomnimy sobie co robiliśmy 2 miesiące temu. Opcji zapisywania nie ma nawet, tak często wykorzystywany chat. Żyjemy chwilą obecną. Nie przejmujmy się tym co było. Nie oglądajmy się za siebie. Czy do tego zachęca nas facebook?

czwartek, 20 maja 2010

Czarni Olecko

W ramach poznawania lokalnej społeczności oraz własnych piłkarskich zainteresowań wybrałam się na mecz Czarnych Olecko, miejscowego III ligowca, przeciwko drużynie Start Działdowo. Przez chwilę poczułam się jak na Łazienkowskiej, gdy na bulwarze nad jeziorem mijałam grupki lekko wstawionych chłopców w szalikach.
Stadion (dawny hipodrom!) położony jest w wielkim parku, w którym znajdują się też korty tenisowe i robiące wrażenie pozostałości po pomniku żołnierzy niemieckich poległych w I Wojnie Światowej. Nieopodal, w jezioro wcina się się zabytkowe molo ze skocznią.

Niestety obecnie główny stadion jest przebudowywany (skąd jak to znam?!) i mecz miał się odbyć na bocznym boisku ze sztuczną murawą. Znalazłam szybko wejście na sympatyczną trybunę i zostałam zaskoczona przez pana, który uświadomił mi, że bilet kosztuje 10 zł. "Ale będą losowane nagrody" - szybko dodał, gdy zobaczył moją zmartwioną minę.
Usiadłam w drugim rzędzie, ale już po pierwszym gwizdku i szybkiej bramce przeciwników w trzeciej minucie, zorientowałam się, że siedzę na "trybunie gości". Przesiadłam się więc w bardziej odpowiednie miejsce i zaczęłam podziwiać doping. "Żyleta", bo tak nazywają tutaj grupkę najgłośniej krzyczących kibiców (i znowu: skąd jak to znam?), usadziła się na murkach po przeciwnej stronie boiska. Nie odpuszczali cały mecz, który zresztą w pewnym momencie musiał zostać przerwany, bo murawa została zarzucona konfetti.

Mecz był całkiem interesujący, nieźle się bawiłam, dlatego bez wahania poszłam na kolejne spotkanie, tym razem z Huraganem Morąg. Ku mojemu zaskoczeniu zostałam wpuszczona bez biletu. Usiadłam dla odmiany z tyłu. Szybko okazało się, że niestety z miejsca w którym siedzę kiepsko widać jedną z bramek, ale za to zostałam zauważona przez lokalnych kibiców. Zaprosili mnie do siebie, żebym lepiej widziała i nawet poprzesuwali się tak, żebym miała lepszą widoczność. Zaczęliśmy rozmawiać i nieśmiało przyznałam się, że chodzę na Legię. Po chwili usłyszałam szmer przechodzący przez trybunę ("..kibicka... Legia... dziewczyna") i połowa obecnych osób zamiast na murawę patrzyła na mnie. Zaowocowało to tym, że po każdym z dwóch "naszych" bramek większość obecnych panów (a pań tam poza mną chyba nie było) czuła obowiązek przybić sobie ze mną "piątkę". Gdy zaczęło padać stanął nade mną jeden pan i ochraniał parasolem. Antropolog w terenie... raj, nie życie. Ale i tak nie chciałabym spotkać moich nowych "kolegów" w ciemnej alejce w parku, bo mimo wszystko moja legijno-warszawska dusza czuje się tutaj obco. Proffesional Stranger.

piątek, 7 maja 2010

lenistwo w terenie i rower

Miało być o postrzeganiu granicy, potem o tym czym jest Wschód i dlaczego jednak jestem na Wschodzie, a nie na północy (a właściwie Północy). Ale chyba będzie o lenistwie.

Antropolog w terenie ciągle jest w pracy, każdego dnia przez 24 godziny. "Zadziw się światem" - powtarzam sobie każdego ranka, czy to w Warszawie, czy we Lwowie, czy też w Olecku. Ponieważ jednak nie przepadam za pracoholizmem, wolę wierzyć, że jestem na wiecznych wakacjach. Zwykle wychodzi, przynajmniej do momentu, w którym okazuje się, że pilnie trzeba napisać jakiś tekst, albo zrobić transkrypcję wywiadu. W najgorszym już wypadku okazuje się nagle, że rozmówca chce się umówić wyłącznie o 8 rano i nagle trzeba się zrywać o godzinie nie licującej z wiecznymi wakacjami. Tak czy inaczej: co to za praca, gdy łażę sobie po pięknej okolicy, zagaduję ludzi, rozmawiam z nimi i w dodatku (zwykle) nie muszę wcześnie wstawać.
Niestety przychodzi taki smutny moment w terenie, gdy wszyscy już wiedzą, że antropolog to jest antropologiem (z Warszawy! z Uniwersytetu!) i w dodatku takim wariatem, który słucha ludzi. I wtedy nie da się już zjeść spokojnie obiadu w knajpce, wypić wieczorem małego piwa w pubie, przejść się do biblioteki, żeby poplotkować z bibliotekarką.
Złożono mi dzisiaj ze 4 propozycje udzielenia wywiadu i to właśnie w momentach, gdy chciałam mieć święty spokój. Gdy po prostu chciałam sobie pobyć na moich antropologicznych wakacjach. Nie da się.

A tak w ramach wakacji antropologicznych kupiłam rower, aby wakacyjnie jeździć sobie po moich okolicznych migrancko-sezonowych wioskach i wakacyjnie, migrancko i sezonowo rozmawiać z ludźmi. I tak, żeby zupełnie przypadkiem, wakacyjnie, wyszły z tego wywiady. I żeby potem tak wakacyjnie napisać już nie wakacyjny doktorat.
Rower nie ma jeszcze imienia, ale tak antropologicznie rozważam Claude, Bronisława, Victora (mój ostatni idol - V. Turner). Ewentualnie Anselm (kupiłam w końcu "Odkrywanie teorii ugruntowanej" B. Glasera i ANSELMA Straussa). Z drugiej strony chodzi mi po głowie Wawrzyniec, albo Bonawentura. Problem w tym, że rower jeszcze mi się nie przedstawił. Z poprzednimi rowerami od razu byłam pewna, wiedziałam, że Anastazy to Anastazy, a ten drugi to Jose Antonio. Nowy na razie milczy. Może jest nieśmiały?